piątek, 26 kwietnia 2013

porażka życia, czyli trochę o holkham hall

Z czym kojarzy wam się Wielka Brytania? Mi na pewno z pięknymi, świetnie zachowanymi dworami, w otoczeniu ogromnych ziemi.

Nic więc dziwnego, że wybierając się na tę uroczą wyspę w zeszłe wakacje, moim głównym celem było zwiedzić ich jak najwięcej. Miałam nawet całą książkę o dworach i pałacach w konkretnym hrabstwie, w którym przebywaliśmy najdłużej (może jeszcze nie wiecie, ale nasze rodzinne wyjazdy polegają na corocznym objeździe wokół wybranego kraju).


Nie wpadłam jednak na jeden stosunkowo ważny aspekt - w Anglii za wejście do jakichkolwiek zabytkowych budynków trzeba płacić, i to dużo. Zazwyczaj na sam wjazd na teren posiadłości trzeba było wydać co najmniej dziesięć funtów - a przemnożywszy to przez pięć, bo tyle osób liczy nasza wesoła familia, wychodziła bardzo nieromantyczna kwota.

Dworów, pałaców i zamków jest w GB rzeczywiście cała masa. Pozaznaczaliśmy na mapie jakieś dziesięć, każdy gabarytów i rangi Wilanowa - i okazało się, że są rozmieszczone nie dalej niż 20 kilometrów od siebie. Spędziliśmy więc cały dzień, szukając jakiejś miejscówki, do której wejście byłoby za darmo - w każdym razie, przynajmniej do otaczających budynek ziem. Aż w końcu, około godziny osiemnastej, znaleźliśmy jakiś niepozorny wjazd. Tak właśnie odnaleźliśmy Holkham Hall. 

I tu zaczyna się porażka życia. Ponieważ cały dzień spędziliśmy na tułaniu się od jednego drogiego dworu do drugiego, na zwiedzanie tego magicznego miejsca zostało nam pół godziny - później zamykano. No, ale użalać będę się jeszcze parę akapitów później.

Holkham Hall to olbrzymia posiadłość znajdująca się nieopodal morskiego brzegu na wschodzie Wielkiej Brytanii. Pisząc "olbrzymia", mam na myśli ziemie ciągnące się od horyzontu po horyzont, na tyle rozległe, że samo dojście z parkingu przed bramą do pałacu zajęło nam dobre piętnaście minut. 


Zdjęcie pożyczyłam z oficjalnej strony internetowej pałacu ;)

Jak wielkie to założenie najlepiej ilustruje chyba fakt, że po całej posiadłości ganiają stada jeleni. I znów - stada, czyli całe setki tych pięknych zwierząt, beztrosko pasących się na licznych pastwiskach Holkham Hall. Ten widok zaskoczył nas chyba najbardziej.


(nie pamiętam dokładnie sytuacji, ale mieliśmy wtedy jakiś problem z aparatem, dlatego ilość zdjęć i ich jakość nie jest zbyt oszałamiająca)

Udaję Jane Eyre ;) To był dopiero początek drogi...

No właśnie, a kawałek dalej...





Przez część posiadłości ciągnie się podłużne jezioro, po którym można popływać łódką, rowerkiem wodnym, zapolować na kaczki... No dobra, z tym ostatnim to żart.





A to nasze pierwsze spojrzenie na Holkham. Co ciekawe, miałam spory
problem z rozróżnieniem, gdzie jest "przód", a gdzie
 "tył" pałacu. To na przykład fasada od strony prowadzącej do budynku
drogi, a więc teoretycznie powinna być bardziej reprezentacyjna -
tymczasem tutaj był wjazd do zabudowań służby, zaś z drugiej strony
znajdowały się wszystkie rzeźby, zdobienia, oficjalne wejścia...

Boczek :)

I reprezentacyjny tył...

...z takim widokiem.



Dziwnie się ustawiłam, ale na tym zdjęciu mniej więcej
widać skalę całego miejsca. Tam na końcu znajduje się wielki
obelisk z pierwszego zdjęcia. I tak, te pasy to skoszona trawa :O

A teraz ciąg dalszy porażki. Otóż z oczywistych względów nie było mi dane zwiedzać wnętrza pałacu. Dopiero po powrocie do Polski dowiedziałam się, że w Holkham Hall kręcono "Księżną"! Konkretnie wnętrza posłużyły jako londyński dom księcia Devonshire, czyli Ralpha Fiennesa. Niestety film oglądałam parę lat temu i nie pamiętam, który to z przedstawionych tam pałaców ani jakie sceny się tam odgrywały. Dogrzebałam się natomiast wypowiedzi samego Fiennesa o Holkham (pozwolę sobie na amatorskie przetłumaczenie):

"Wejście [chodzi chyba o hol] do Holkham Hall jest piękne. Podoba mi się jego powściągliwość, użycie kamienia, symetria - i oczywiście wszystko to pokazuje też charakter księcia."


Rozumiecie chyba teraz, dlaczego wizyta w Holkham Hall, choć jedna z najbardziej udanych wypraw podczas mojej podróży po Wielkiej Brytanii, przysporzyła mi tyle zgryzot i irytacji. 

Najgorsze było jednak zdecydowanie przyspieszone sycenie oczu różnymi widokami, bo już, zaraz, teraz trzeba wychodzić!

Życzę wam, żebyście mieli dużo czasu na zwiedzanie tak niesamowitych miejsc :)


środa, 24 kwietnia 2013

soundtracki z filmów kostiumowych

Od dawna chodził za mną pomysł podzielenia się z wami moimi ukochanymi ścieżkami filmowymi. A żeby jakoś to jeszcze wiązało się z tematyką bloga, postanowiłam ograniczyć się do filmów kostiumowych. Wybór nie był trudny, bo dziwnym trafem tak się złożyło, że większość moich najukochańszych soundtracków napisano właśnie do takich filmów. Reszta to "naciągane" filmy kostiumowe, w których jednak kostiumy się pojawiają ;)

Nie wiem, czy poniższa muzyka dzieli się na jakieś konkretne miejsca czy pozycje. Po prostu wrzucę po kolei te propozycje, które przychodzą mi do głowy.


Jane Eyre (ALEŻ zaskoczenie...)

Jestem bardzo wrażliwa na muzykę w filmie, ale to, co zrobił tu Dario Marianelli, to już przegięcie. Po usłyszeniu jednej znajomej nuty z tego filmu zamieram, cokolwiek robię, i zamieniam się w słuch, przenosząc na wietrzne wrzosowiska... I nie ruszam się, dopóki utwór się nie skończy. (Dlatego często mam problem z odwiedzaniem bloga Porcelany :D) Nic nie wywołuje we mnie aż takiej emocjonalnej reakcji, no może poza muzyką Florence, ale to zupełnie inny rodzaj emocji.




Fortepian

Muzyka z tego filmu była moim pierwszym z nim zetknięciem. Najpierw usłyszałam poniższy utwór, potem odnalazłam pozostałe, obejrzałam parę scen na YouTubie, i stwierdziłam, że absolutnie, absolutnie muszę go zobaczyć. Bałam się jednak rozczarowania, więc odkładałam to w nieskończoność, aż wreszcie pewnego dnia obudziłam się z myślą: "Dzisiaj obejrzę Fortepian!" Rozczarowanie? Odrobinkę, ale mój stosunek do tej muzyki nie zmienił się ani trochę - nadal absolutnie czaruje.




Coco Chanel

Sam film widziałam wieki temu i niewiele z niego pamiętam. Całkowicie przypadkowo na moim komputerze znalazł się kiedyś cały soundtrack, którego nie słuchałam namiętnie, a który - z braku laku - przegrałam na telefon. Odtąd towarzyszył mi w każdej podróży i stał się sztandarową muzyką, którą serwuję sobie, gdy potrzebuję odrobiny inspiracji.




Cracks

Jak widzicie, nierzadko moje ulubione filmy zawierają też moją ulubioną muzykę filmową. Tutaj to akurat nie przypadek, bo soundtrack Javiera Navarrete tak doskonale współgra ze scenariuszem, zdjęciami i wspaniałą Evą Green, że niemal ten film współtworzy.





Alicja w Krainie Czarów

Mówcie, co chcecie o filmie - mi też średnio przypadł do gustu - ale ścieżka dźwiękowa jest magiczna! Zwłaszcza poniższy kawałek. (Aha, i tak, według mnie to jest po części film kostiumowy - przypomnijcie sobie tylko sekwencje, dziejące się w "normalnym" świecie.)





Sherlock Holmes (obie części)

Muzyka z Sherlocka, obdarzona wiktoriańsko-dziewiętnastowiecznym smaczkiem jest rozpoznawalna na pierwszy rzut... ucha, podobnie jak chyba wszystkie kompozycje Hansa Zimmera (który reżyser filmu akcji nie marzy o współpracy z tym geniuszem...)




Anna Karenina

Nie jestem wielką fanką tego filmu, ale soundtrack bardzo mi się podobał. W ucho wpada zwłaszcza ta prosta rosyjska piosenka, która sprawia, że mam ochotę wyciągnąć stare podręczniki do tego języka, albo przeczytać "Saszeńkę" (pisałam o niej tutaj).





To chyba wszystko, o czym chciałabym dzisiaj wspomnieć. Oczywiście jest MASA innych filmów (czy seriali, czyt. Downton Abbey, albo Emma z 2009 roku), w których muzykę uwielbiam i cenię, ale prawdopodobnie o nich chwilowo zapomniałam, albo nie są moimi ulubionymi pozycjami. 

Czekam oczywiście na wasze propozycje! ;)

niedziela, 21 kwietnia 2013

muzealna niedziela

 Niedziela jest idealnym dniem, żeby się dokształcić, zwłaszcza, jeśli można to zrobić za darmo. Dostałam cynk od jednego z moich ludzi, że w krakowskim Muzeum Narodowym można obejrzeć kilka niezłych kostiumowych eksponatów. Postanowiłam sprawdzić tę informację na własną rękę, wybrałam się więc z moim pomocnikiem na tajną misję. 

Oczywiście popełniłyśmy podstawowy błąd i nie wyposażyłyśmy się w sprzęt fotografujący. W efekcie wszystko uwiecznił telefon :/



Takie tam drzwi od karety... 


... i lektyka :)

Sanie (XVIII wiek)


W sali "XVIII wiek" trafiłyśmy też na ciekawą półeczkę,
na której znajdowały się... pudełeczka na muszki :O


Przeurocze, choć trochę przerażające figurki małpek przebranych w stroje z epoki.


Po przebyciu kilku sal, dotarłyśmy wreszcie do pierwszej sukni. Jest to suknia ślubna z początku XIX wieku, jak nietrudno się domyślić ;)


Jak widać przy dekolcie, suknię wykonano z
cieniutkiego, prześwitującego muślinu.


W następnym pomieszczeniu czekały na mnie suknie z
okresu Jane Eyre, dlatego spędziłam tam najwięcej czasu ;)
Tutaj suknia dzienna z 1830 lat.
Lata 1840...




Przy tej sukni rozpierała mnie duma, bo przypominała mi moją :D
Chociaż to już przykład późniejszy - ok. 1855 rok.


Potem niestety, z braku eksponatów, pominięto lata 1860. A szkoda, bo po tak niezłym wstępie miałam nieśmiałą nadzieję na ogromne krynoliny i piękne suknie balowe rodem z 'Przeminęło z wiatrem", albo chociaż czarne żałobne suknie z okresu powstania styczniowego. 

Przeskoczono od razu do 1870 lat, z tym, że... no właśnie, mam pewne wątpliwości. Przepiękną suknię letnią zaprezentowano bowiem dziwnej krynolinie, albo przynajmniej halce z kołem. Tymczasem wydawało mi się, że w latach 70-tych pełną parą hulały już cage crinolines, które już niebawem miały przekształcić się w tiurniury. Prościej - myślałam, że w tej dekadzie mocny akcent był już położony wyłącznie na tył. Albo to błąd w datowaniu, albo w wyeksponowaniu sukni, albo ja się nie znam :D


Ta suknia również była niebywale cienka i delikatna,
co zresztą widać na górnej części, gdzie pod spodem jest już tylko manekin.





Dalej była sala secesyjna, która jednak nieco mnie rozczarowała - znowu z powodu ekspozycji. Myślę, że w przypadku wystawy stałej muzeum może sobie pozwolić na dostosowanie manekina do sukni, w tym wypadku na nadanie mu kształtu kobiety z 1905 roku. Przez brak takiego dostosowania suknia prezentuje się po prostu niedobrze, miejsca gdzie powinien znajdować się biust i biodra pozostają niewypełnione, i największą uwagę w całej gablotce przykuwa obłędny kapelusz.





To tyle, jeśli chodzi o suknie. Były jeszcze bodajże dwie, ale jedną - czarną - ustawiono na ciemnym tle, i aparat (telefon) nie chciał nam uwierzyć, że się tam w ogóle znajduje, a druga nie powaliła mnie na kolana - przepraszam fanów sarmackiej mody!

Na koniec jeszcze kilka ciekawych eksponatów, na które natknęłyśmy się przy okazji.


Secesyjne dzbany i zastawa, absolutnie nieziemska lekkość metalu i szkła...





I secesyjne łóżko :) 


Bardzo fajny przykład "sztucznego" kołnierzyka,
który pewnie zresztą ma jakąś fachową nazwę - gdyby ktoś przypadkiem
to wiedział, proszę o podpowiedź! ;)


Przeurocze butki w gablotce z 1840 lat.


A te znajdowały się chyba przy sukni z lat 1830.


Czepiec ;)


Detal parawanu z XVIII wieku...


Cała wystawa obfitowała w zjawiskowe wachlarze, niestety ze względu na
odbijające światło gabloty nie każdy dało się uwiecznić!


Misja zakończona!

Zdecydowanie polecam niedziele spędzone w Muzeum Narodowym!

czwartek, 18 kwietnia 2013

la belle epoque - c'est magnifique!

Wyobraźcie sobie, że macie możliwość na jedną noc przenieść się w sam środek tętniącej życiem kawiarni z początku XX wieku.

Wyobraźcie sobie secesyjny wystrój, alkohol lejący się strumieniami, rozrzucone karty po partyjce pokera i muzykę, lekko sączącą się z sali obok.

Wyobraźcie sobie męskie sylwetki w cylindrach i monstrualne upięcia włosów u kobiet, kelnerów wirujących między stolikami i mdłe, elektryczne światło otulone szklanymi kloszami.

A teraz wyobraźcie sobie, że miałam okazję coś takiego przeżyć! Krakowska ASP postanowiła pobawić się w dekadentyzm. Jakie były tego efekty? Możecie zobaczyć je poniżej ;) Ja tylko dodam, że poza najdroższą Coca Colą, jaką w życiu wypiłam, wszystko było dokładnie takie, jak się spodziewałam. Bo czy może być lepsze miejsce do tego typu przedsięwzięć, niż secesyjna kawiarnia w najcentrzejszym centrum Krakowa - Sukiennicach? 

Teraz trochę o moim stroju. Na skompletowanie mojej edwardiańskiej, w założeniu, garderoby miałam nieco ponad tydzień. Weekend zszedł na gorset, który wyszedł chyba najlepiej, szkoda tylko, że nie nosi się go na wierzchu ;) Ogólnie jestem zadowolona z uzyskanego kostiumu, ale - no właśnie - kostiumu. Na pewno nie nazwałabym tego rekonstrukcją historyczną, czy suknią, bo napięty termin wymógł na mnie mnóstwo oszukańczych rozwiązań. Prawie każdy element robiony był osobno i dopiero jeden na drugim tworzył całość. Skończyło się to tak, że strój prezentuje się dobrze z daleka, bo z bliska widać wszystkie niedociągnięcia - nie zdążyłam go w ogóle wykończyć, a dół zapinany był na... agrafki...

Na początku trochę żałowałam, że suknia nie sunie bardziej po ziemi. W końcu na wszystkich zdjęciach z epoki wieczorowa spódnica jest tak długa, że układa się na podłodze w koło. Nie zajęło mi jednak dużo czasu przekonanie się, że doczepiany na specjalnym pasku tren (z firanki... ale cicho sza!) wystarcza w zupełności. Zresztą większą część imprezy byłam zmuszona spędzić trzymając go oplecionego wokół przedramienia. 

Na koniec kilka słów o wachlarzu, który wygląda, jakbym zwinęła go rokokowej damie - wiem, kicz straszny, kolory za ciemne, ale kosztował niewiele, no i zdobyłam go na straganie w Pszczynie (o której powiedziano już chyba wystarczająco dużo). Ale to przydatne urządzenie, na tyle przydatne, że można zapomnieć, jak bardzo nie pasuje do stroju ;)



Na samym początku. Zignorujcie psujący klimat parasol z Żywca


To wstawiam tylko ze względu na włosy - chciałam wam pokazać, co wyszło mi na głowie ;)


Na balu poznałam w końcu Marię Skłodowską-Curie - przemiła kobieta! 


Pozwoliłam sobie poprosić ją o wspólne zdjęcie.


Załapałam się też na focię z jej mężem - wiedzieliście, że Piotrek Curie jest
niezłym fotografem i autorem większości tych zdjęć? :D


Zerk zza wachlarza...





Jestem zażenowana odsłoniętymi łydkami pani po mojej prawicy :/


Żeby zepsuć wcześniejsze dobre wrażenie...





Jeszcze krótki komentarz do zdjęć - na żadnym z nich nie widać nieszczęsnego trenu, ale może to i lepiej, bo tył sukni nie prezentował się zbyt godnie. Oby więcej takich wieczorów/nocy! :)

trochę "sztuki"... vittorio reggianini

Dzisiaj post przyjemny dla oka, bo poświęcony włoskiemu malarzowi - Vittorio Reggianiniemu. Na tego pana natknęłam się po raz pierwszy parę dni temu, poszukując regencyjnych inspiracji, i od razu chwycił mnie za serce. Stylem i tematyką obrazów przypomina trochę Lawrence'a Alma-Tademę, z tą różnicą, że większość jego dzieł dotyczy przełomu wieków XVIII i XIX, a więc czasów napoleońskich, regencyjnych - zależy, o jakim kraju i konkretnym przedziale czasowym mowa. Ciekawe jest, że sam autor urodził się w 1858 roku, zmarł zaś tuż przed drugą wojną światową; myślę, że śmiało można powiedzieć, że przyczyną takiej tematyki jego prac była po prostu nostalgia za minionymi już epokami - czuł się więc pewnie podobnie do nas! ;)

Wizualnie Reggianini sprawia wrażenie, jakby stawiał na miks rokokowych kolorów z akademicką precyzją i stylistyką. Nie mam pojęcia, jak w pierwszych dekadach dziewiętnastego wieku prezentowała się moda włoska, wydaje mi się jednak, że mocne róże, cukierkowe kolory i ogólna pastelowa tonacja niemal każdego obrazu pasowałaby raczej do kokietek z obrazów Fragonarda czy Bouchera, niż pań inspirujących się Józefiną Bonaparte.

I choć jego dzieła - warsztatowo bez zarzutu, zwłaszcza w oddawaniu materiałów i tkanin - czasem ocierają się o kicz, nie można odmówić im swoistego uroku. (Ten urok chyba nie zawsze jest dostrzegany, bo malarz nie ma nawet swojej strony na wikipedii :( )

Właśnie najbardziej intrygujące jest w nim to, że łączy banalną tematykę i stylistykę z nienagannym warsztatem i perfekcyjnymi pociągnięciami pędzla. W efekcie uzyskujemy świetnie wykonane obrazki, które dobrze wyglądałyby np. na ścianie w łazience :)


















































A jak wam podobają się jego obrazy? ;)