sobota, 25 maja 2013

regencyjna sukienka - day dress

Zebrałam się w sobie, wydałam miliony na kilometry bawełnianej koronki i dokończyłam moją regencyjną sukienkę. Jak zwykle nie jestem zbyt zadowolona z końcowego efektu, głównie dlatego, że brakło mi materiału i przez to tył nie najlepiej się układa. Poza tym średnio wyszedł mi też dekolt i rękawy, czyli w sumie nie podoba mi się... nic.

Może tylko całościowo wygląda to nie najgorzej dzięki koronkowym pasom. Tak czy siak, przez różowy kolor materiału zamiast Lizzie Bennet wyszła mi regencyjna modnisia a la Caroline Bingley ;D

Trochę o sukience i tym, co pod nią (tak, zgadliście - szykuje się post o regencyjnym ubieraniu krok po kroku :P). 

Celowałam w okres 1810-15. Czy trafiłam - w sumie nie wiem, mam wrażenie, że przez te koronki wygląda na nieco późniejszą.

Postanowiłam zamiast guzików "zamknąć" ją z tyłu sznureczkami. Przejrzałam prawie wszystkie regencyjne suknie z kolekcji Met Costume Institute i stwierdziłam, że to chyba nie jest aż tak złe rozwiązanie. Przy okazji załatwia się kwestię marszczenia sukni z tyłu.

Tak mi się przynajmniej wydawało... Chyba tego marszczenia jest jednak za mało, bo nie wygląda to zbyt dobrze.

Koncepcję sznurków przeniosłam też na inne części stroju. W ten sposób marszczony jest dekolt i ściągane są rękawy.

Pod spodem mam: shift/chemise - koszulę "na sam spód", stays - gorsecik, na gorsecik bum pad, czyli mały wałeczek/poduszeczkę do uniesienia sukni w miejscu, gdzie się marszczy, oraz petticoat - halkę.





Pełen "outfit" (haha) z prototypem fichu, chusty
zakrywającej dekolt. Raczej zrezygnuję z rękawiczek, bo niezbyt pasują.

Generalnie mając na sobie cały ten rynsztunek czuję się jak kaczka Tekla Kałużyńska :D Nie wiem czemu, ale zawsze kojarzy mi się z regencją...

Do zrobienia została mi jeszcze tylko reticule. Jest szansa, że do pszczynowego pikniku się wyrobię! ;)

środa, 22 maja 2013

ulubione portrety kobiece


Dzisiaj trochę o sztuce, którą lubię najbardziej, czyli o portretach - zwłaszcza tych kobiecych. 

Pierwszą książkę o historii sztuki dostałam już na Komunię i właśnie stamtąd pochodzi część moich ulubionych obrazów. Reszta to te, na które natknęłam się w innych książkach, zagranicznych muzeach, czy podczas nauki w liceum i do matury ;)

(Chronologicznie wg powstania - nie numeruję, bo czułabym się okropnie wybierając, który portret zasługuje na pierwsze miejsce.)


Robert Campin - Portret kobiety


Jean-Honore Fragonard, Czytająca dziewczyna


Thomas Gainsborough, Mrs Richard Brinsley Sheridan


Frascisco Goya, Isabel de Porcel (mój ukochany portret, widziałam go na żywo! ;))


Henryk Rodakowski, Portret pasierbicy Leonii Bluhdorn


August Renoir, Jeanne Samary


John Sargent, Lady Agnew of Lochnaw


Gustav Klimt, Adela Bloch-Bauer

Nie będę was zanudzać moimi komentarzami do każdego portretu. Myślę, że sami najlepiej je zinterpretujecie i ocenicie, czy wam też się podobają. Czekam zresztą na wasze propozycje! :)

Kończę listę z poczuciem, że zapomniałam o większości najważniejszych obrazów, które uwielbiam. No nic - jeśli sobie o nich przypomnę, czeka was ciąg dalszy listy! ;)

W planach mam też ranking moich ulubionych "obrazowych" kreacji, tymczasem zabieram się w końcu za moją nieszczęsną sukienkę :/

niedziela, 19 maja 2013

dobre, bo polskie - ryczów

Właściwie to nie jest do końca planowany post, ale tak się złożyło, że tę niedzielę spędziłam prawie przypadkowo w pałacu w Ryczowie. 

Byłam tam w związku z moją pracą, co dokładnie robiłam niech pozostanie tajemnicą, rzecz w tym, że miałam baardzo dużo wolnego czasu i z radością spędziłam go na zachwycaniu się całym założeniem, które - choć malutkie, stare i nadgryzione zębem czasu (uwielbiam to określenie), miało w sobie coś absolutnie urokliwego.

Przede wszystkim pałac w Ryczowie jest otwarty. Nie tylko fizycznie, ale otwarty po prostu na ludzi. Dziś na przykład odbywała się tam Noc (czy raczej Dzień) Muzeów, i po całym dworku biegały masy dzieci i młodzieży z miasteczka, które na tę okazję coś przygotowały. Były więc żywe obrazy, polonez, sprzedaż ciasta - czułam się jak przeniesiona do czasów, kiedy zamieszkująca pałac arystokracja organizowała zamieszkującemu ich ziemie ludowi rozmaite rozrywki, kiedy obie te społeczności żyły w zgodzie i nawzajem się szanowały. Ten obraz właściwie nie mijał się z prawdą, bowiem pałac w okresie letnim jest zamieszkany przez jego prawowitą spadkobierczynię, która organizowała całe wydarzenie. Większość czasu spędziłam więc w jej saloniku, muzykę puszczano z przepięknego balkonu, większość konkursów i zabaw odbywała się na holu, tuż obok reprezentacyjnych drewnianych schodów.

Jeszcze jedna niesamowita rzecz - choć budynek nie jest doskonale zachowany, ścian nie pokrywają od podłogi do sufitu sztukaterie, tu i ówdzie obłazi farba czy drzwi są obtarte - to tylko dodaje mu klimatu, który sprawił (i tak było rzeczywiście), że poczułam się, jakbym znalazła się w samym środku możnej rodziny, w takich pałacach dawniej mieszkającej. Tego podejścia brakowało mi już od dłuższego czasu, zazwyczaj wszystko traktowane jest jak eksponat, i ustawieni jesteśmy w pozycji widza.

Ale koniec tych filozoficznych rozważań, rozpisałam się. Czas na oceny!

Pałac w Ryczowie

Ogólna ocena: ★★★★☆

Architektura: ★★★★★

Wystrój: ★★★☆☆

Stan: ★★☆☆☆

Otoczenie/położenie: ★★★☆☆


Ceny: ★★★★★



Na koniec kilka zdjęć, które udało mi się zrobić. Jak już pisałam, trafiłam tam dość niespodziewanie, więc nie byłam uzbrojona w dobry sprzęt.











czwartek, 16 maja 2013

regencyjna parasolka - diy!

Jak wyglądały parasolki w czasach Jane Austen i jej współczesnych? Koronka czy frędzelki to na pewno słowa-klucze, ale zwróciliście kiedyś uwagę na to, że były to "sprzęty" niezwykle małe?











A teraz do rzeczy. 

Na Allegro nabyłam jakiś czas temu za niewielkie pieniądze małą - właśnie, małą! - koronkową parasolkę. Co prawda spodziewałam się, że będzie jednak trochę większa, a już na pewno zaskoczył mnie trzonek, który oryginalnie był mniej więcej długości mojej głowy z szyją...

Na szczęście wpadłam na to, jak ją przedłużyć. Po prostu znalazłam w domu patyk, który dziwnym trafem był tej samej grubości, co jej rączka. 

Następnie poszła w ruch wiertarka i drewniany uchwyt na dole został przewiercony na wylot (z pomocą mojego taty-złotej rączki, rzecz jasna.) W tenże uchwyt wetknęłam "ciąg dalszy" rączki, czyli właśnie rzeczony patyk. 

Właściwie mogłam wam o tym nie pisać i udawać, że to właśnie tak powinno wyglądać.




Efekt końcowy nie jest aż tak krzywy jak na zdjęciu, bo tutaj jeszcze nie wpadłam na to, żeby wszystko skleić.

Ale na tym nie koniec! Postanowiłam wykorzystać jedną z bawełnianych koronek-prezentów, o których pisałam poprzednio, i jeszcze trochę parasolkę "uregencyjnić". 

Po prostu przykleiłam ją wzdłuż krawędzi. Szczęściem jest prawie z tego samego materiału i kompletnie zlewa się z całością.



Voilà! Polecam zwłaszcza na słoneczne, letnie spacery. No i regencyjne pikniki, rzecz jasna ;)

piątek, 10 maja 2013

shopping!

Dzisiaj czuję się jak rasowa szafiarka, dumnie prezentująca swoje modowe łupy :D

Zbieg okoliczności sprawił, że zostałam przez familię obdarowana różnymi bzdurkami i jednocześnie sama ruszyłam na podbój sklepów. W efekcie moje biurko jest zawalone szyciowymi akcesoriami, materiałami, wstążkami i nie za bardzo wiem, co z tym zrobić :P

Ale po kolei. Moje prezenciki:


Koronki, wstążki... Zwróćcie uwagę na czarną - przez post Gabrielle o sukniach żałobnych i piękne tkaniny w hurtowni materiałowej mam ochotę sprawić sobie coś czarnego! ;)



Raj dla oczu - zestaw nici, igieł i szpilek...




I niepozorny materiał na halkę, który okazał się być w piękny, choć słabo widoczny wzór... 

Na allegro też w zakupowym szale zawitałam i nabyłam małą koronkową parasolkę :)




Kupiłam też wreszcie materiał na regencyjną sukienkę. Nie jest to taka łatwa sprawa, bo krakowskie sklepy specjalizują się w kiczowatych, kolorowych wzorach. Znalezienie cienkiej tkaniny w delikatny wzorek, której cena nie zwala z nóg, graniczy z cudem. Dlatego zrezygnowałam z początkowego zamysłu białej sukienki i zdecydowałam się na jasną łososio-brzoskwinkę ;) 

A dzisiaj udało mi się uszyć underdress, czyli halkę wierzchnią już o kroju właściwej sukienki. Zakłada się ją na chemise - koszulę na sam spód, stays - gorsecik i inne halki, których ilość waha się w zależności od pory roku. Ponieważ celuję raczej w porę letnią, poprzestałam tylko na chemise i underdress.



Ciąg dalszy prac niebawem! ;)

czwartek, 9 maja 2013

trochę o prerafaelitach...

Może ta nazwa obiła wam się o uszy, może jesteście ich wielkimi fanami, może nigdy o nich nie słyszeliście. 
Bractwo Prerafaelitów, bo tak brzmi pełna nazwa zgromadzenia, było grupą artystów i krytyków sztuki powstałą w 1848 roku, kiedy w sztuce królował chłodny i wymuskany akademizm. Założyciele bractwa buntowali się przeciw temu wyrachowanemu podejściu do malarstwa, które odbierało cały jego symboliczny i emocjonalny wymiar; propagowali sztukę wyzwoloną z klasycystycznych i eleganckich kompozycji, sztukę nacechowaną moralnie, niosącą ze sobą jakieś wartości, estetycznie zaś wzorowaną na mistrzach włoskiego renesansu - stąd mistyczne, często Biblijne czy literackie tematy połączone z charakterystyczną żywą kolorystyką i odzianymi w luźne szaty postaciami.

Kobiety u prerafaelitów są również bardzo charakterystyczne. Jeśli macie przed sobą obraz ze smukłą, bladoskórą, eteryczną panną o rudych lokach nieziemskiej długości, prawdopodobnie jest to dzieło prerafaelitów.

A teraz pokrótce o każdym z najważniejszych (moim zdaniem) przedstawicieli tego nurtu. Zwróćcie szczególną uwagę na stroje postaci z obrazów ;)


John Everett Millais

Jeden z trzech pierwotnych założycieli bractwa. Kto nie widział jego Ofelii, ten zgniłe jajo i niech szuka w googlach! Ja tymczasem pokażę inne jego dzieła, które uważam za godne uwagi:


Powrót gołębia do arki, 1851

Żołnierz Czarnego Korpusu, 1860 (odwzorowanie sukni -
niesamowite! A w rogu wierna kopia portretu Napoleona)


Niewidoma dziewczynka, 1856


Esther, 1865 (tu zaczyna się ten prerafaelicki
mistycyzm i tajemniczość, które tak uwielbiam)


Wigilia świętej Agnieszki, 1863


Męczeństwo Solvay (Męczennica Solvay), 1871

William Holman Hunt

Ten pan chyba najbardziej folgował sobie, jeśli chodzi o kolorystykę. Jego dzieła aż rażą żywymi odcieniami.  Łatwo go rozpoznać dzięki charakterystycznym postaciom - duże oczy, okrągłe, rumiane twarze.

Przebudzone sumienie, 1853 - najbardziej znane dzieło Hunta.

Zły pasterz, 1851

Izabela i donica bazylii, 1867

Pani na Shallot, 1905 - chyba najbardziej
niesamowity obraz Hunta!

Dante Gabriel Rossetti

Rossetti z kolei jest swego rodzaju prerafaelickim celebrytą, w każdym razie pośmiertnie ;) Również bardzo łatwo go rozpoznać, na pewno spotkaliście się z jego portretami tajemniczych dam o solidnych szyjach i podbródku - wzorowane były na Lizzie Siddal, muzie prerafaelitów, prywatnie żonie Rossettiego, którą możecie podziwiać również na wspomnianej wcześniej "Ofelii" Millais.



Lady Lilith, 1866

Rzymska wdowa, 1874


Pozdrowienie Beatrice, 1869


Veronica Veronese, 1872


Edward Burne-Jones

W przypadku tego artysty również nietrudno odróżnić go od innych, i również ze względu na charakterystyczne postaci. Burne-Jonesa kojarzymy z brąz-włosymi pięknościami o "burych" twarzach - o co chodzi, zobaczycie za chwilę poniżej.


Oczarowanie Merlina, 1874



Sidonia von Bork, 1860

Król Cophetua i żebraczka, 1884 -  według mnie ten obraz
jest po prostu piękny, wystarczy spojrzeć
na zakochanego króla, a mięknie serce ;)


Złote Schody, 1876


Różana altana, 1890

John William Waterhouse

Waterhouse tworzył znacznie później niż sami prerafaelici i oficjalnie nie był związany ich grupą, jednak inspirował się Bractwem i wiernie kierował się jego założeniami. Tego malarza zdecydowanie uwielbiam za jego tajemniczość i zabawę żywiołami - wiatrem, wodą...


Miranda - Burza, 1916

Hylas i nimfy, 1896

Pani na Shallot, 1888

Boreas, 1902

Kryształowa kula, 1902


Niestety chyba nie upcham w tym poście innych wspaniałych, powiązanych z prerafaelitami artystów. Zachęcam was jednak do przeczesania Internetu i Tumblra w poszukiwaniu innych niezwykłych dzieł! Jak na przykład to, którego nazwy niestety nie znalazłam, a autorem jest chyba William Michael Rossetti:




Na koniec ciekawostka - jeśli ktoś z was lubi Florence and The Machine, to dobre wieści, bo Florence też przepada za Bractwem! Na florencewelchart.tumblr.com możecie znaleźć na to dowody. Kilka z nich poniżej: