czwartek, 27 czerwca 2013

muzyka poważna - czyli powiedzmy, że lista

Dzisiaj mam chętkę na ranking. Była już krótka lista mojej ulubionej muzyki filmowej, więc trochę o tej mniej dziś znanej i słuchanej - muzyce poważnej/klasycznej. Ja też do wybitnych słuchaczy tego typu muzyki nie należę i jestem raczej laikiem w tej dziedzinie, a moim źródłem informacji jest bardziej mainstreamowe RMF Classic, niż audycje znawców na Dwójce.

W każdym razie, ponieważ przepadam za muzyką filmową, więc nie dziwnym jest, że i w muzyce poważnej pociąga mnie najbardziej to, co filmowe. Dlatego dzisiejsza lista ma obiecująco profesjonalny tytuł

LISTA MOJEJ ULUBIONEJ MUZYKI POWAŻNEJ, KTÓRA BRZMI JAK FILMOWA

1. Prokofiew, "Dance of the Knights" z baletu "Romeo i Julia"


Już rozpisywałam się pod postem Gabrielle, w którym możecie przeczytać więcej o tym balecie, że ta muzyka zawsze wywołuje u mnie ciarki. Jest tak cudownie złowroga, a przy tym nie groteskowa, jak na przykład Peer Gynt, który kojarzy mi się tylko z kreskówkami.

2. Satie, "Gnossienne" no 1 i 3


Gnossiennes każdy chyba kiedyś słyszał. Zresztą, najwyraźniej nie tylko ja uważam, że są bardzo filmowe w brzmieniu, bo pierwszy z utworów pojawił się w filmie "Malowany welon". Nadal nie mogę się zdecydować, który z tych dwóch uwielbiam bardziej - dwójkę pomijam, jest za bardzo swobodna i niezbyt klimatyczna.

3. Beethoven, "Sonata Księżycowa"

Pierwszy raz usłyszałam ten utwór w czołówce "Potęgi sztuki", i zajęło mi trochę czasu, żeby dowiedzieć się, co to właściwie jest (jakieś parę godzin wpisywania w google haseł typu "potęga sztuki czołówka muzyka"). Ale dowiedziałam się, i bardzo się cieszę.

4. Schubert, "Serenada"


Ciekawostka, pokazująca, jak wielką jestem ignorantką - przez całe życie tkwiłam w przekonaniu, że to utwór Chopina (oczywiście, słysząc go tylko w wersji fortepianowej). Oświecił mnie chyba dopiero film "Młoda Wiktoria". Żeby nie było, uwielbiałam "Serenadę" na długo przed filmem.


5. Bedrich Smetana, "Wełtawa"

"Wełtawie" należy się miejsce na końcu listy, ze względu na to, że jestem zakochana w pierwszej minucie utworu, natomiast to, co dzieje się przez pozostałe jedenaście minut, niespecjalnie do mnie przemawia. Gdybym chciała wykorzystać tę muzykę w filmie, po pierwszej minucie zrobiłabym drastyczne cięcie.


To chyba wszystkie utwory, które nie są filmowe, a mogłyby być (ewentualnie już są, ale nie były specjalnie do filmów komponowane).

Czekam na wasze propozycje, ciekawa jestem, co według was jest filmowe ;)

wtorek, 25 czerwca 2013

bardzo niedobre i zdrożne zdjęcia

Dzisiaj czas na kluczowy element garderoby edwardiańskiej damy, mianowicie... pantalony! Czyli, mówiąc fachowo, open french drawers. 

Dlaczego open, to chyba każdy kiedyś słyszał i chichotał z tego pod nosem. Żeby oszczędzić wam domysłów, nie, nie noszę french drawers tak, jak czyniły to panie w 1900 latach.

Takie to to niby proste, a jednak... Za pierwszym razem nie wyszło. Użyłam wykroju z "Little Corset Book" i chyba potraktowałam go za bardzo "na oko". Poza tym, źle wszystko przeskalowałam (gdyby Amerykanie obok cali pisali przeliczenie na centymetry...) i pantalony, zamiast wyjść obszerne i szerokie, były tak wąskie, że z trudem się w nie wcisnęłam. Chciałam zacząć od początku, ale tu następna niespodzianka - nie zostało mi wystarczająco materiału. Wycięłam więc dwa kwadraty i rozszerzyłam o nie nogawki - dało radę, już jest w porządku.

Na koniec dodałam falbanki, przymierzyłam całość z gorsetem i uniwersalną koszulą (koszula edwardiańska zrobi się, jak dorwę jakieś prześcieradło), i zrobiłam zdjęcia, które dzisiaj wyszły wyjątkowo ŹLE. Krótko mówiąc, są koszmarne - kadry wyglądają, jakby fotki pociął trzylatek, miny, jakbym miała ochotę zabić fotografa (w sumie tak było), tapeta jakby przeżyła obie wojny światowe, światło... no, nie przychodzi mi do głowy żadna metafora. Obiecałam sobie, że latem zdjęcia będę robić na zewnątrz, ale 1. pada oraz 2. bądź co bądź, to jednak jest bielizna.

No właśnie! Jestem potwornie zdemoralizowana i gdyby edwardiańskie kobiety zobaczyły ten post, prawdopodobnie by pomdlały. Nie, żebym była tak naprawdę szczelnie ubrana od stóp do głów... Bielizna to bielizna.



To był chyba ten moment, kiedy zaczęłam się
wściekać, że zdjęcia nie wychodzą.

Wczułam się! hihi

W każdym razie, w wakacje robimy remont, dostanę własny pokój i OBIECUJĘ, że zdjęcia będą lepsze. I na lepszym tle. 

niedziela, 23 czerwca 2013

moczymy stópki, czyli o dziewiętnastowiecznych kąpielach :)

Pierwszy post po długiej przerwie! Palce aż rwą się do pisania po takiej abstynencji, więc będzie na bogato - dużo tekstu i dużo obrazków! :)

Dziś morska kąpiel wydaje nam się nieodłącznie związana z wakacjami. Ochoczo zrzucamy ubranie, zakładamy kolorowe, skąpe stroje kąpielowe i rozpoczynamy wodne szaleństwo.

Za tę możliwość powinniśmy podziękować naszym dziewiętnastowiecznym przodkom, to oni bowiem spopularyzowali ten rodzaj rozrywki. Co prawda kąpieli zażywano już w osiemnastym wieku, jednak nie była to czynność powszechnie praktykowana.

Wraz z rozwojem higieny, dziewiętnasty wiek zainteresował się bliżej kąpielami morskimi. Stąd też właśnie na początku tamtego stulecia powstają liczne nadmorskie kurorty, których odwiedzanie staje się niezwykle modne. Już za czasów Jane Austen kobiety powszechnie korzystały z wozów kąpielowych, choć nie był to "must-do" letniego sezonu.

1813

Jak się kąpano? Widać na powyższej ilustracji. Słowo-klucz: wóz kąpielowy.

W 1750 roku powstały pierwsze bathing machines, czyli właśnie wozy kąpielowe. Wówczas służyły one zachowaniu prywatności, bowiem nie wymyślono jeszcze specjalnych strojów i wszyscy kąpali się nago (oczywiście, każdy z osobna!). Poza tym kobietom trudniej było przedrzeć się przez gwałtowne morskie fale. Wóz kąpielowy przypominał cygański tabor na kołach z wyjściem z tyłu. Woźnica podjeżdżał nim blisko wody, albo też - co właściwie częstsze - całkiem do niej wjeżdżał. Osiemnastowieczne wozy kąpielowe miały wysuwany dach (jak w kabriolecie ;)), co zabezpieczało paradujących jak ich Pan Bóg stworzył pływaków przed niepożądanymi spojrzeniami. 

W dziewiętnastym wieku zmieniono nieco przeznaczenie bathing machines, zaczęły mianowicie stanowić rozwiązanie pewnego nurtującego ówczesnych problemu - jak przebrać się w strój? Suknie kąpielowe były przecież traktowane jak bielizna. 

Przebierano się więc następująco: 

1. Na skraju plaży wchodzono do przygotowanej "budki" :)
2. Z pomocą specjalnych służących (dippers) przebierano się
3. Koń lub właśnie dipper spychał wóz do wody
4. Stamtąd, schodząc po schodkach, zażywano kąpieli.

(Jeszcze ciekawy fakt: w Sopocie i Gdańsku nie używano wozów kąpielowych, bo woda zbyt szybko nabierała głębokości. Stosowano system kabin i kładek, prowadzących do wody.)

A oto kąpiel przy użyciu wozu:

1813

ok. 1820-1830

1840-1850

1829
Czasem stosowano też specjalne szyny, na nie jednak mogli sobie pozwolić nieliczni (np. rodzina królewska ;))

Królewski wóz kąpielowy :)



Plaże były oczywiście segregowane na męskie i damskie i segregacja ta obowiązywała oficjalnie do 1901 roku (w Wielkiej Brytanii).

Ciekawostka - liberalna Francja już na początku XIX wieku dopuszczała kąpiele koedukacyjne, gdzie męski strój do złudzenia przypominał dzisiejsze kąpielówki. 





Wracając do głównego tematu -  w czym kąpały się kobiety? Z początku skromnie moczono tylko nóżki, więc specjalny strój nie różnił się wiele od codziennego.

Strój kąpielowy, ok. 1813

Później po prostu rezygnowano z niepotrzebnych warstw, do wody nie zakładano usztywnianych halek czy krynoliny. Aby nie odkrywać nóg, zalecało się noszenie pończoch. Klejący się do ciała materiał musiał nie być przyjemnym uczuciem...


ok. 1850


1850

W późnych latach 1850., pod wpływem mody lansowanej przez Amelię Bloomer, wprowadzono kostium dwuczęściowy. Składał się on z sięgającej kolan sukni i pantalonów do kostek. Znacznie ułatwiło to wykonywanie wszelkich wodnych aktywności, choć kobiety nie uprawiały samego pływania jako sportu aż do ostatnich dekad XIX wieku.





Ten "design" obowiązywał przez kilka następnych dekad i przez swój męski wygląd stawał się obiektem drwin i parodii:

"Bardzo naturalna pomyłka":
Młoda Kobieta (ubrana w modny Kapelusz i Płaszcz), "Czy mogę skorzystać z wozu?"
Bathing Woman [służąca do kąpieli], "Nie tutaj, proszę pana! Kąpielisko dla mężczyzn jest kawałek dalej."
Nie szczędzono również samych wozów kąpielowych:

"Pomysł na plażę - niepotrzebne już wozy kąpielowe."

W latach 1870 i 1880 stopniowo pozbywano się nadmiaru materiału, który w wodzie był po prostu nieporęczny. Skracała się więc wierzchnia spódnica, ubywało rękawów i pantalonów. Czasem rezygnowano z pończoch, które jednak pojawiały się jeszcze na początku dwudziestego stulecia.

1870 rok. Jak widać, bardziej odważne stroje proponowano
już na początku tej dekady, jednak nie przyjęły się zbytnio.


1879


Lata 1880 przyniosły prawdziwą rewolucję.
Spodnie sięgnęły ledwie kolan, suknia niemal nic nie zakrywała!

ok. 1885

1895

ok. 1895-1905

1890-1900 (koszmarna jakość, wiem)

1895-1900 (bardziej karykatura, niż wiarygodne odwzorowanie ówczesnych strojów)

 Tak się bawi, tak się bawi, dziewiętnasty wiek! :D

Później, jak już pisałam, podział na plaże męskie i kobiece nie był już tak rygorystyczny. Stopniowo wozy kąpielowe zastąpiono stojącymi budkami plażowymi, które w Wielkiej Brytanii można oglądać do dziś (miałam zresztą okazję zobaczyć je w Torquay), a kostiumy kontynuowały swoją ewolucję, aż przybrały dzisiejszy kształt ;)


Na koniec zobaczcie, jak prezentowały się dziewiętnastowieczne plaże (część zdjęć zahacza o początek dwudziestego):









piątek, 14 czerwca 2013

na szybko - podwójny tag :)

Jednak nie wytrzymałam. Szybciutki post i wracam do filozofii :(

Podwójna Liebster Award! :) Daawno temu zostałam nominowana do blogowej Liebster Award przez Bąbelkowy świat - za co serdecznie dziękuję, i przepraszam, że tak długo "ignorowałam" wyróżnienie! ;)





Teraz nadarza się okazja, żeby to jakoś nadrobić, bo doszła druga nominacja - od Fobmroweczki.


A oto pytania:

Od Bąbelkowego świata:


1. Dziecko jest dla mnie .... Daleeeeką przyszłością ;)


2. Najlepsze wspomnienie z dzieciństwa .... Zabawy z siostrą - dzięki naszej wyobraźni przenosiłyśmy się w kompletnie inny świat, czasem mam ochotę cofnąć czas i wrócić do tych niesamowitych krain :/

3.Ulubiony okres w historii.... Dziewiętnasty wiek, jakżeby inaczej ;) Konkretniej 1840-1865 i fin de siecle :)

4.Góry czy morze? Góry! Są bardziej "dzikie". Chociaż nie ukrywam, czasem przyjemnie jest popatrzeć na bezkresny błękitny horyzont :)

5. Kino czy teatr? Kino, ponieważ tam częściej zdarza się coś dobrego :D

6. Czy myślałaś/eś by być EKO? Właściwie to trochę jestem, przynajmniej jeśli chodzi o jedzenie, ale to raczej decyzja moich rodziców, z którymi wciąż mieszkam. 

7.Najlepszy sposób na odpoczynek to...? Pisanie :)

8. Pies czy kot? Zależy, czego oczekujemy od domowego zwierzaka. (Próbuję nie być stronnicza)

9.Czy lubisz gotować? Szczerze mówiąc, nie bardzo, bo nie lubię robić rzeczy, które mi nie wychodzą. Moje kuchenne "umiejętności" uruchamiam może parę razy do roku.

10. Czy w życiu wszystko jest czarne albo białe? Oczywiście, że nie! Jest tyle odcieni szarości ;)

11. Jakie jest Twoje największe marzenie? Nie mogę zdradzić, bo się nie spełni! ;)


I porcja pytań od Fobmroweczki:


1. Jaki kolor materiału uwielbiasz?
Oczywiście pastele i pąsową czerwień, chociaż swoją tajemniczością zawsze kusiła mnie czerń, zwłaszcza w wydaniu a la "Fortepian" :)

2. Kogo z Wichrowych Wzgórz nie cierpisz?
Zdecydowanie irytowała mnie postać Catherine, może dlatego, że tak bardzo różni się ode mnie samej. 

3. Co chcesz uszyć następne z kostiumów historycznych? (Ubrać, uszyć, zdobyć)
Chwilowo stanęłam na komplecie edwardiańskim ze sporą ilością koronek, ale niedługo wrócę do połowy XIX wieku :)

4. Do jakiej epoki najlepiej pasujesz?
Hm, myślę, że wbrew moim fascynacjom najwygodniej byłoby mi w latach 50. - oczywiście nie w Polsce. To okres w miarę pokojowy, a jednocześnie wciąż urokliwy i elegancki, zwłaszcza w relacjach międzyludzkich.

5. Gdybyś miał/ła wybrać zwierzątko: mopsa, łasicę, papugę, pudla, które byś wybrał/ła?
Chyba łasicę, chociaż ostatnio po tym wideo pokochałam papugi :)

6. Jak ma wyglądać twój wymarzony ślub i wesele? (puść wodze fantazji, koszty, czas przeszły/przyszły się nie liczą!)
Najlepiej byłoby wynająć jakąś brytyjską posiadłość, trafić na słoneczny dzień, co jest tam nie lada sztuką, i urządzić całą uroczystość w plenerze, a nocować w pałacu. 

7. Ulubiony cytat?
Może nie jest zbyt poetycki, ale bardzo go lubię: "Jeśli masz problem z wyjściem poza schemat, rozwal schemat."

8. Puder z zmielonych kości, arszeniku czy wysuszonych i sproszkowanych odchodów kolibra? Obowiązkowo wybierz jeden :)
Zmielone kości brzmią najbardziej atrakcyjnie :D

9. Odczułeś/łaś kiedyś deja vu senne? 
Jasne, w ogóle to mam kilka miejsc do których w snach cały czas powracam, za każdym razem w innej sytuacji i "fabule" :)

10. Najdziwniejszy przedmiot z XIX wieku jaki widziałeś/łaś?
Hm, "wypełniacze" biustu:


A niedawno natrafiłam też na... krynolinę do rękawów o_O




11. Kim chciałeś/łaś zostać jako dziecko?
Hoho, lista byłaby chyba dłuższa, niż cały ten post... Ale zdecydowanie ciekawą profesją był archeolog, natchnęły mnie (miałam chyba 5, 6 lat) takie lody, gdzie patyczkiem był kościotrup (ciekawe, czy ktoś je pamięta :) ). Zakopywałam je na działce i udawałam, że odnajduję jakieś ważne kości.


Obawiam się, że nie nominuję nikogo nowego :/ Po pierwsze, większość znanych mi blogów została już wciągnięta do zabawy, po drugie, nie mam czasu na zastanawianie się nad tym - niestety!

poniedziałek, 10 czerwca 2013

summer corsets, czyli jak to latem bywało...

[To już niestety chyba ostatni post przez sesją. Zaglądajcie na facebooka, tam czasem będę dawać oznaki życia]

Słońce zaczyna wreszcie przygrzewać, i człowiek ma ochotę zrzucić z siebie wszystkie niepotrzebne warstwy materiału.

No właśnie, a co robiono dawniej? Kobiety przecież nie mogły zrezygnować z halek, pończoch i koszul (przynajmniej nie z wszystkich).

Zajmę się okresem głównie 1870-1910, bo o wcześniejszej letniej odzieży mało można znaleźć w źródłach.

Przede wszystkim, letnie suknie robiono z lżejszego materiału, częściej używano bawełny, która uważana była za "oddychający" materiał (zresztą całkiem słusznie), niezliczone warstwy ograniczano do niezbędnego minimum i zakładano... letnie gorsety!

Brzmi ciekawie, prawda? Jeszcze ciekawiej wygląda. Moim zdaniem letnie gorsety to jedne z ładniejszych okazów zachowanych gorsetów w ogóle. Taki gorset złożony był głównie z tuneli z fiszbinami, które łączono w pasie taśmą - czyli wszystko tak, jak w normalnym. Z tą różnicą, że zamiast coutil - czyli materiału najczęściej używanego do tego typu garderoby, albo satyny - fiszbiny naszywane były na rodzaj siateczki, stąd też często nazywane są "mesh corsets", a mesh taką właśnie siateczkę oznacza. Z kolei same fiszbiny wykonywano z lekkiej bawełny.

Zdarzały się też gorsety tak gęsto usztywniane, że siateczka okazywała się zbędna, bo same tunele zajmowały prawie całą powierzchnię gorsetu. Osobiście uważam, że nie mogło to być zbyt wygodne - już wyobrażam sobie te ślady po fiszbinach odciśnięte na całym korpusie. Ale cóż, nie mnie oceniać.

A teraz zobaczcie, jak uroczo takie gorseciki się prezentowały:



To najstarszy okaz, jaki udało mi się znaleźć. Pochodzi z 1871

1885

1880-90

1880-90

1890-1900, zdecydowanie mój ulubieniec ;)

1895-1900

I kilka przykładów po "gorsetowej rewolucji", czyli roku 1900 i health corset: 
(Nawiasem mówiąc, przykładów edwardiańskich summer corsets zachowało się najwięcej. Ciekawe, czy wynika to jedynie z faktu, iż są "młodsze", czy rzeczywiście noszono ich wtedy więcej)


1900-1910


1900-1910


1900-1910

A wam, jak się podobają letnie gorsety? ;)






piątek, 7 czerwca 2013

edwardiański kapelusz diy - krótki tutorial

Pomyślałam, że może sprodukuję króciutki tutorial dla tych, którzy chcieliby zaopatrzyć się w edwardiański kapelusz, a nie mają pojęcia, skąd takie cacko wytrzasnąć (zapewne jest to liczna rzesza i wszyscy właśnie czegoś takiego szukają, wałęsając się po googlach.)

W każdym razie, znowu przekonałam się, że tutoriale powinno się robić zabierając się za jakąś rzecz już po raz kolejny. Za pierwszym razem jestem bardziej skupiona na tym, żeby faktycznie cokolwiek mi z tego wyszło, niż na pstrykaniu zdjęć - no cóż, trudno. Zdjęć mam tylko kilka i to z początkowej fazy pracy, ale dobre i to.

Czego będziesz potrzebować?

- dużego, twardego kartonu
- arkusz miękkiego kartonu
- kleju w pistolecie
- kryjącego materiału
- do ozdobienia: falbanek, koronek, tiulu, sztucznych kwiatów i czegokolwiek, co by pasowało ;)

Baza:



1. Z dużego kartonu wytnij bazę dla swojego kapelusza. Jej średnica i kształt (koło/owal) zależy od twojego pomysłu. 
2. Na środku wytnij miejsce na głowę, nie uszkadzając wycinanego koła - to będzie denko kapelusza. Pamiętaj, żeby dziura nie była za duża, bo potem nie będzie już się dało jej zmniejszyć.
3. Z bardziej miękkiego kartonu wytnij pasek (możesz kilkakrotnie złożyć karton w pół, żeby nieco go utwardzić).
4. Teraz pozostaje skleić ze sobą wszystkie te części. Najpierw przyklej do kartonu pasek, zawijając go wzdłuż dziury, potem zaś do paska denko. Jeśli masz problem ze sklejeniem denka, wypróbuj mojego patentu i sklej denko z paskiem taśmą klejącą, a potem podklej od spodu.


Tu nadchodzi ten moment, kiedy przestałam robić zdjęcia, dlatego postaram się plastycznie opisać, co się właściwie stało. Jak widzicie "kapelusz" prezentuje się nie najpiękniej, więc trzeba obkleić go materiałem. 

Dlatego:

1. Wytnij spory kawałek materiału, najlepiej kwadrat - nim potem łatwiej operować.
2. Upewnij się, że kapelusz znajduje się na środku materiału. Zacznij klejenie od zewnętrznej strony denka (nie wiem, jak to wszystko nazywać ;p). Później, w zależności od tego, jaki efekt chcesz uzyskać, możesz przykleić materiał równo z kształtem kapelusza lub lekko go naprężyć, tak jak ja. 
3. Zawiń resztę materiału pod spód i przyklej, robiąc z niego bardziej lub mniej regularne zakładki (bez idealnie dopasowanego materiału nie ma szans, żeby to wyszło gładko.)
4. Materiał powinien być na tyle długi, żeby chować się do tej części kapelusza, w której znajduje się głowa. Inaczej na rondzie będzie widać tekturę!

Ozdabianie:

Dalej, z pomocą kleju i własnej inwencji twórczej, ozdób kapelusz. W czasach edwardiańskich na głowach działo się bardzo dużo, królowała także asymetria. Poszukaj inspiracji w googlach i na pinterest.com :) 

Mocowanie na głowie:

Edwardiańskie damy miały bardzo użyteczny gadżet - szpilki do kapeluszy. Ponieważ nasz zrobiony jest z tektury, trzeba kombinować. Możesz zrobić w materiale dziury na długie wsuwki, albo, jeśli masz dostęp do takich szpilek, przekłuć kapelusz w miejscu, gdzie zakrywają go ozdoby. Gumki raczej odpadają ze względu na wielkość kapelusza - wiem, próbowałam. Nie działają, zwłaszcza, jeśli zależy nam na asymetrycznym umieszczeniu go na głowie.

Niestety, utrzymanie takiego olbrzyma w pionie to niezła udręka, sama jeszcze tego nie opanowałam. Jeśli inne środki zawiodą, będę musiała dodać wiązaną pod brodą chustę.
A oto, co właściwie mi wyszło z tego chaosu:

Widok od góry...

... z boku...

... i z drugiego boku :)

A teraz jak to wygląda na głowie:
(Wybaczcie nadętą minę i nieudolną fryzurę. Chętniej pokazałabym kapelusz na manekinie, ale niestety, nie posiadam takowego.)