poniedziałek, 29 września 2014

lata 1820. - suknia dzienna / 1820's day dress

Od zlotu minęło już trochę czasu, ale dopiero dziś mam wreszcie czas, żeby pokazać wam, w co właściwie byłam ubrana.

Od razu zaznaczę, że suknie są niedokończone, zmagałam się z koszmarnym brakiem czasu i musiałam uszyć drugą wyprawkę dla Daisy, dlatego nie wyglądają za bardzo tak, jak sobie je wyobrażałam/projektowałam. Przede wszystkim lata dwudzieste to mnogość ozdób wszelkiego typu, zwłaszcza u dołu spódnicy, a ponieważ moja postać miała być dość zamożna, naprawdę chciałam trochę z nimi poszaleć. Skończyło się na braku ozdób, choć i tak za cud można uznać fakt, że zdążyłam wypchać rąbek spódnicy watą. Zamiast dekorowania sukni zdecydowałam się na łatwiejsze w zdobyciu i szybsze w przygotowaniu "bogate" dodatki - złoty zegarek, bransoletka z pereł, połyskliwa reticule.

Suknię szyłam według zmodyfikowanego wykroju Nory Waugh z późnych lat 20. - zmniejszyłam rękawy i zwęziłam nieco spódnicę. Linia talii niezbyt mnie satysfakcjonuje - wciąż wydaje mi się, że jest za wysoko, ale bałam się ją obniżyć, więc optycznie robiłam to czarnym paskiem z klamrą.

Za materiał robi błękitna, kraciasta poszewka na kołdrę z second handu. Była dość spora, choć niewiele jej zostało na ozdoby. Po pierwszej przymiarce przy sztucznym świetle okazało się, że materiał ładnie, bardzo delikatnie odbija światło - wcześniej myślałam, że to zwykła, sprana bawełna.


It's been a while since our 1820's weekend. I guess it's time to show you the dress I've been wearing most of the time!

Unfortunately I've been to busy to finish it the way I wanted to. I dreamed of crazy decorations that are so significant for 1820's, but ended up with no decoration at all. My character was supposed to be rich, so I did have a minor problem, but tried to get proper accesories instead, such as a chained watch, pearl bracelets, shiny reticule.

I used Norah Waugh's pattern for a late 1820's dress and modified it a bit - I altered the giant sleeves and narrowed the skirt. The waistline turned out to be a little bit too high and I'm not very happy about it. I was trying to lower it with a black leather belt.

The fabric used to be a checked cotton sheet. I actually haven't noticed how delicately shiny it is until I tried the dress on for the first time.











I ze szmizetką! Nie miałam żadnego wykroju, więc to bardziej szybka improwizacja "na temat". Zygzakowaty kołnierzyk daje fajny efekt a la lata 1820. Zdjęcia są trochę rozmazane, bo dużo się ruszałyśmy ;)

And with the chemisette! I didn't have a pattern for this one, so had to improvise. I really like the 1820's vibe it gives, especially the spiked collar. Pics are a little bit blurry, sorry, we had a lot of fun!

Z zegarkiem na łańcuszku / You can spot a golden clock here
  



Za sesję "w chwastach" dziękuję Caeruleus Berolinensis, za zdjęcia w polu - Daisy, reszta fotek autorstwa Caeruleus Berolinensis, Alicji, Szymona Pompera.

Caeruleus Berolinensis, Daisy, Alicja, Szymon Pomper - thanks for the pictures! (you can find the links in the previous posts).

poniedziałek, 22 września 2014

impresje po-zlotowe - weekend w 1824 roku / 1820's RHP-like event impressions

Dzisiejsza relacja ograniczy się do samego przebiegu zlotu, natomiast zdjęcia sukni i tutoriale będą się pojawiały osobno :) Daruję sobie świetne poniekąd zabiegi historyczne, do jakich uciekają się inne blogerki, ponieważ post wyszedłby naprawdę stanowczo za długi (sam opis przyjazdu na miejsce zajął mi w historycznym pamiętniku dwie strony).


This post is a short summary of our 1820's weekend. I'll show you my outfits later, let's concentrate on the event itself! :)


Miało być historycznie i dystyngowanie, jak w "Dumie i uprzedzeniu". Posługując się historycznym językiem i fikcyjnymi osobowościami, miałyśmy próbować przenieść się w czasie. Jeśli nie pamiętacie wzmianek na blogu o tym wydarzeniu, od dłuższego czasu przygotowywałyśmy weekend historyczno-regencyjny, luźno inspirowany brytyjskim programem "Regency House Party".



We planned the event long time ago. You might have noticed I've been mentioning a "Regency House Party-like event" for the last few months - so yeah, that's the event I'm talking about! We organized a truly unforgettable time-travel experience and spent three days wearing Regency clothes, using Regency language (well, at least trying to) and having fun playing genuine Regency games! We even had our own Regency identities.



Zamiast kadrów i dialogów z ekranizacji Jane Austen wyszedł nam zwariowany Austenland, gdzie upragniona przez nas historyczność na każdym kroku mieszała się w jakiś sposób ze współczesnością. I wiecie co? Było cudownie.


And you know what's funny? The RHP idea actually failed. We didn't stick to our fake identities, but we did use modern language, take pictures between the historical games and did lots of fun things that would at the time have been considered insane. Still, we had so much fun I'm not even sorry!


Ponieważ ciężko po takim wyjeździe streścić, co się działo, postanowiłam po prostu wyszczególnić 12 najpiękniejszych momentów.


I've been wondering what this post should look like, but it's really hard to describe such a long and intensive weekend and not have a mile long post as a result, so I'll just choose 12 most beautiful moments.


1. Rysowanie na wzgórzu.
Po szaleństwach dnia poprzedniego, kiedy przerażona nieobecnością wszystkich uczestniczek latałam po gospodarstwie z telefonem komórkowym w ręce i duszą na ramieniu, spacer na wzgórze okazał się prawdziwym ukojeniem dla moich nerwów. Widok, jaki roztaczał się z zielonych łąk (miałyśmy je zresztą tylko dla siebie), przywodził na myśl trasy spacerowe Lizzie Bennet albo Box Hill, na którym piknikowała Emma. Poza tym na miejscu okazało się, że niemal każda z nas przejawia jakieś talenty plastyczne, więc oglądanie rożnych interpretacji tego krajobrazu było prawdziwą przyjemnością. Tam również starałyśmy się o historyczne zamienniki współczesnych pojęć czy wynalazków, których wymyślanie było świetną zabawą. Poezja publikowana w Le Book de Visage, bazar książkowy Monsieur L'Empique czy słynąca z obfitego targowiska wieś Tesco w Yorkshire to tylko niektóre z wyrażeń-zagadek, które pojawiały się w naszych rozmowach.

1. Drawing at the hill.
On the second day (I spent the first one worrying whether anyone would eventually show on the parking place. Seriously though, nobody appeared till late hours and I was so nervous I didn't feel like having fun at all) we went to the hill to draw. The view was gorgeous, we had the whole hill to ourselves and I felt just like Emma must have felt on the Box Hill picnic. Awesome!











2. Potańcówka rodem z Meryton.
Prawdziwe tańce rozpoczęłyśmy dopiero w sobotę wieczorem. Długo pozostanie mi w pamięci euforia, jaka zapanowała na naszej nie takiej znowu dużej sali, gdy wszyscy z setu opanowali figury i można było swobodnie zatańczyć. Uśmiechy na twarzach mijanych tancerzy i skoczna muzyka z oklaskami wprawiły mnie w tak wspaniały nastrój, aż prawie zapomniałam, że wciąż jesteśmy w XXI wieku.

2. The Meryton Assembly
We had some dancing on Saturday night - the first dance was Tythe Pig (I guess), the one danced in 2005 P&P when Darcy&Bingley came in. There was so much joy in it I immediately felt just as I imagined the Meryton dancers felt. It was so easy to forget the century we live in!



3. Posiłki.
Pozostawię to bez komentarza. Trzeba samemu poczuć ten bezcenny smak pieczeni na zimno czy tortu po wyczerpującej grze w krokieta <3 Regencyjny przepych w czystej postaci. Chyba nikt z nas nie ma bardziej trafnego nicka, niż Niegdysiejsza pani domu (chociaż jej fikcyjne nazwisko, Lady Polley, bardziej przypadło nam do gustu).

3. The food.
We had Niegdysiejsza pani domu (aka Lady Polley) cooking for us. OH MY. It was so good I don't even know where to start. Let's just say the dishes were truly Regency-styled.








4. Krokiet na trawniku.
Nie, to nie literówka. Krykiet to sport, którego opanowaniem Jane zaimponowała Lefroyowi w "Becoming Jane". Krokiet to gra, do której Królowa Kier wykorzystywała biedne flamingi. Mi na szczęście używałyśmy drewnianych kijów, ale zabawa była przednia.

4. Croquet.
Remember what the Queen of Hearts used the flamingos for? We used mallets instead, but had incredible fun as well! I really love this game and I could see the others loved it too. 







5. Przechadzka z latarnią.
Ten pozornie nic nie znaczący moment zlotu dla mnie był bardzo ważny, bo dzięki niemu po raz kolejny udało mi się zapomnieć o współczesności. Kiedy po szalonej potańcówce wskutek dziwnych perypetii wracałyśmy do naszego domku,  towarzyszył nam tajemniczy blask latarni. Potem przez chwilę używałam jej jako lampki nocnej. Był to jedyny moment, kiedy korzystałyśmy ze światła świec - większość zabudowy i wnętrz była drewniana - ale wraz ze zdmuchiwaniem jej poczułam, że właśnie tego akcentu mi brakowało.

5. Midnight lantern walk.
When the dancing ended and we walked back to our rooms (wearing nightgowns and papillots, don't ask), I took my candle-lit lantern to show us the way and immediately thought - "This is what I've been missing!". Candles seem just such an integral part of Regency life, that using one let my imagination flow.


6. Sobotnie robótki.
Żeby prawdziwie poznać smak regencyjnego życia, pół dnia powinno spędzić się na "typowo kobiecych czynnościach", jak robótki, pisanie, korespondencja. Sobotnie przed- i popołudnie minęło właśnie na wyszywaniu, dekorowaniu bonnetów, grach pisemnych, rysowaniu. I wiecie co? Nie było wcale nudno, wspaniale się bawiłam, a do tego bardzo zrelaksowałam. Pewnie uważałabym inaczej, gdybym zmuszona była spędzać w ten sposób każdy dzień.

6. Saturday needlework.
To get a glimpse of Regency everyday life, we spent Saturday sewing, decorating our bonnets, drawing and playing funny Regency games, such as bouts-rime or rhyming games. I really enjoyed it, though spending your whole days like this and not in such a great company must have been boring.






7. Brak makijażu.
W czasie wyjazdu używałam tylko kosmetyków wymienionych w poprzednim poście i ten "odwyk" świetnie zadziałał nie tylko na moje samopoczucie, ale i - o dziwo - na cerę. Choć poranki były ciężkie (opuchnięta ze snu twarz błagała o mocniejszy makijaż), puder, róż i trochę pasty z węgla wystarczyło, by nadać mi wygląd zdrowej (pomijając naturalnie brzydką cerę) panny na prowincji. Przez cały wyjazd zresztą towarzyszył mi zapach wody różanej, która była obficie używana przez większość uczestniczek zlotu.

7. No make up.
As I confessed in my previous post, I intended not to use any make up during the event. I mean, the modern make up. I did however use some Regency tricks that turned out surprisingly sufficient. The rice powder and some black cole eyebrow defining proved to be enough!


8. Szalony bieg po wzgórzu.

Jednym ze spontanicznych pomysłów na zdjęcie autorstwa naszego portrecisty był niezbyt dystyngowany bieg przez polanę z pirackim niemal okrzykiem "AARRR". To było tak beztroskie i głupie, że mam już 101 powód, żeby kochać dziewczyny z Krynoliny.

8. Crazy run downhill.
We had some spontaneous moments on Saturday, when our photographer took pictures of basically everything that came to our mind. We re-enacted a Titanic scene, wore each others garments in a not-so-correct way, and did a crazy run pulling our petticoats up.






9. Pieski i maski z żywych obrazów.

Niepozorna, znaleziona przeze mnie naprędce zabawa okazała się hitem wieczoru. Każda z dwóch drużyn dostawała na zmianę obraz do odtworzenia. Ponieważ jednak często brakowało postaci do udawania, dziewczyny brały na siebie role ścian, kół od powozu, zwierząt i pianin. 

9. The "living pictures" game.
I prepared it hastily and with no effort at all, and it turned out to be the funniest game we played during our weekend.






10. Tragedia antyczna i przygotowania do niej.
Zawsze miałam słabość do teatru, a jego regencyjna wersja bardzo mnie rozczulała. Kiedy wyobrażę sobie dziewiętnastowieczne panny, dla których przygotowywanie naprędce sztuki, przebrań i rekwizytów było najbardziej ekscytującym wydarzeniem miesiąca, tym bardziej mam ochotę na coś podobnego. Dlatego teatrzyk i towarzyszące mu zaaferowanie wspominam bardzo miło.

10. The ancient tragedy.
I'm really fond of acting and theathre, so no wonder I got really excited when I read about all these short plays in "Mansfield Park" or saw them in "Austenland". There were no doubts we had to have our theathre as well! The preparations were as fun as the final performance.






11. Amerykańskie akcenciki.
Wszyscy chyba wiedzą, że uwielbiam amerykańskie i zagraniczne kostiumerki i mam obsesję na punkcie Costume College. Dlatego pojawiające się spontanicznie pomysły nawiązujące do środowiska kostiumowego w USA powitalam z wielkim entuzjazmem. Przede wszystkim, w niedzielę odbyło się "Breakfast in undies", czyli śniadanie w pełnej bieliźnie, jak na zeszłorocznym Costume College wlasnie, zaś dzien wcześniej, na balu, zrobiłyśmy sobie słynne "Regency wedgie shot", czyli inspirowane regencyjnymi rycinami zdjęcie w pozie trzymania się za tył spódnicy. Śmiem twierdzić, że to pierwsze tak liczne wedgie shot w Polsce! :)

11. American stuff.
I'm a keen reader of American (and foreign in general) costuming blogs and quite obsessed with Costume College, so no wonder I was ecstatic about having our own "breakfast in undies", like they did last year's CoCo. We also enjoyed doing a famous "Regency wedgie society shot", which I dare say was most probably the first wedgie society shot in Poland! Haha such fame wow!


Polskie wedgie! / The Polish wedgie society! Od lewej/From left: Marylou, me, Fobmroweczka, Daisy, Dorfi, Porcelana, Melancholia, Ada, Kasi3nka, Alicja


Nasze bieliźniane śniadanie :) / Breakfast in undies!



12. Stroje.

Takie zloty to wspaniała okazja do obserwacji. I nie mam na myśli skrytej, zazdrosnej obserwacji, tylko pełne euforii ochy i achy, wynikające z czystej radości, że ktoś inny uszył coś tak wspaniałego. Można również podejrzeć metody zdobień, haftów czy zbadać kroje, które wcześniej były dla nas czarną magią. Ten zlot chyba przebił pod tym względem wszystkie poprzednie - nie tylko jeśli chodzi o przepych dekoracji, ale ilość strojów, które zmieniane były wieczorem czy wraz ze zmianą temperatury. Dziewczyny - jesteście niesamowite! (Dla przypomnienia - oficjalny dresscode obejmował lata 1823-1827, ale część dziewczyn ma wcześniejsze kreacje)

12. The costumes.
Longer costume events like this one are such a perfect opportunity to check out others' costumers' clothes and gowns! And there is no jealousy in it, just pure admiration and curiosity ("How on earth did she do that?"). This time the outfits were truly amazing and I know we still lack experience and skills to make them all perfectly historical, but I believe there's like a Huge Ladder of Costuming, and we just keep climbing one step at a time! (Just to remind you - the official dresscode was 1823-1827, but some of us, as you can notice, wore earlier costumes).




Za zdjęcia dziękuję Daisy, Caeruleus Berolinensis, Alicji, Dorfi i przede wszystkim Szymonowi, który wytrzymał z nami cały sobotni dzień i kawałek nocy!

A już niedługo ukażą się posty o mojej sukni dziennej, sukni wieczorowej, pelisie oraz dodatkach - bonnecie, reticule, butach.

Daisy, Caeruleus Berolinensis, Alicja, Dorfi and Szymon - thanks for the pictures!

Posts about my day dress, evening dress, pelisse and accesories (bonnet, reticule, shoes) are coming soon.

środa, 10 września 2014

przygotowując regencyjną kosmetyczkę / my regency make-up kit

Ej, wow, jestem tak zajęta, że zapomniałam o prowadzeniu bloga. Zaraz, w sumie zapomniałam, że go w ogóle mam.

Tak naprawdę dopiero w niedzielę rozpoczęłam Rozpaczliwy Maraton Intensywnego Szycia.

Nie wiem, czy reszta dziewczyn szyjących na zlot też tak miała, ale ja jeszcze parę miesięcy temu byłam święcie przekonana, że w ostatnim tygodniu przed wydarzeniem będę ewentualnie haftować reticule, bo wszystko inne uszyte zostanie o wiele wcześniej. Niestety, moje lenistwo i przeklęte wrześniowe egzaminy, aż zacytuję pewnego polconowego prelegenta, "dały mi mocno po ryju".

Teraz pół dnia kombinuję, czego NIE MUSZĘ uszyć, żeby pojawić się na zlocie bez uszczerbku na swojej godności. I tak po kolei odpadają same najfajniejsze rzeczy, ograniczając się do marnego minimum. Szczerze mówiąc, na pewno zdążyłabym ze wszystkim na czas, gdybym brała pod uwagę, że czeka mnie jeszcze uszycie wyprawki dla Daisy.

Parafrazując anglosaskie powiedzenie, ŻYCIE SIĘ ZDARZA.

There's an 1820's Regency House Party-like event this week that demands huuuge preparations, since I'm one of the hosts. And thanks to my exams, I was busy until last Saturday. I had practically few days to sew two huge sets of 1820's undergarments, dresses and outdoor outfits, not to mention bonnets and reticules. I might have started working on it few weeks ago, but duh.

Just realized that the phrase "Life happens" is impossible to translate to Polish.

Dzisiejszy post jest rezultatem mojej przerwy w szyciu - kręgosłup zdecydowanie nie wytrzymuje całodniowej pracy, więc postanowiłam zająć się czymś lżejszym. Już od dawna planowałam, żeby na czas naszego zlotu, na wzór uczestników Regency House Party zrezygnować ze współczesnych kosmetyków. Oczywiście, nie w stu procentach - szamponu sama sobie nie zrobię, nie wspominając o płynie do soczewek - ale w miarę możliwości spróbować jeszcze bardziej się "udziewiętnastowiecznić". Swoje kosmetyczne eksperymenty zazwyczaj zamieszcza na swoim blogu Porcelana, zresztą trochę z nich korzystałam. 

Zrobiłam mały research, bo o kosmetykach regencyjnych wiedziałam tylko  tyle, że za bardzo ich nie używano. Z naciskiem na "za bardzo". Właściwie przez większość dziewiętnastego wieku kosmetyki oprócz tego, że skuteczne, miały być przede wszystkim niewidoczne i podkreślać urodę kobiety w jak najbardziej naturalny sposób. To powodowało na przykład, że mimo iż posiadano substancje do malowania oczu, raczej tego unikano ze względu na trudną aplikację, nie pozwalającą na dyskretne użycie (krótko mówiąc, od razu było widać, że ktoś czymś wysmarował sobie powiekę). Ale po kolei.

Today I needed a break. The last few days I spent sewing literally from dawn till dusk - I woke up around 7.30, did some hand stitching while still in bed, ate breakfast and then went back to sewing again. My spine didn't enjoy treating him so badly, so I had to do something else instead. I decided to try out some 19th century make up recipes and tricks.

I did a research. Knowing the Regency era ladies didn't use much make up, I suspected they had some invisible ways to make their faces look more plattering. I wasn't wrong.

Bielenie twarzy nie wchodziło w grę i zarezerwowane było dla kurtyzan i starszych desperatek, usiłujących ukryć zniszczoną skórę. Taki "podkład" niestety często był przyrządzany na bazie ołowiu, co nieszczególnie tym kobietom pomagało.

Kobiety po debiucie nie stroniły za to od pudru, za który robiła np. mąka ryżowa. Choć pozwalały sobie na to raczej mężatki, postanowiłam przyrządzić sobie własny i dyskretnie aplikować na miejscu.

Zmieliłam ryż w młynku do kawy i powstał trochę ziarnisty pył. Bałam się, że cząstki ryżu zostaną na twarzy, ale wystarczy aplikować puder pędzelkiem zamiast wacika/gąbki, i wszystko, co nam na twarzy niepotrzebne, zostanie strzepane. Puder dość dobrze matuje, chociaż działałby lepiej, gdyby udało mi się zmielić ryż na jeszcze drobniejszą mąkę.


Contrary to the 18th century, ladies did not whiten their faces anyhow. They did, however, use a light powder. This was done more likely by the married women than the debutantes, but I decided to cheat a little.

Rice flour was often used, so I tried to get my own by mincing the rice in the coffee mill. It works quite right, but you have to apply it with a brush to avoid having tiny parts of rice left on your face.




Jako cień/tusz do rzęs na początku dziewiętnastego wieku służył zwęglony korek czy sam węgiel, z którego robiono pastę. Ja uzbierałam trochę węgielków ze spalonych zapałek (po oderwaniu główek - nie mam ochoty maziać sobie siarką po oczach), bo na sam zlot nie potrzebuję dużo tego składnika. Potem zwęglone zapałki zmiażdżyłam i dodałam dwie kropelki oleju ze słodkich migdałów (wybór przypadkowy, po prostu stał niedaleko, bo robiłam róż wg przepisu Porcelany). Powstało coś o konsystencji kredki do oczu. Świetnie nadaje się do podkreślenia brwi i jako dyskretny eyeliner, nakładany tuż przy lini rzęs. Ze względu na problem z nakładaniem, jako tusz do rzęs niestety się nie sprawdza, zwłaszcza, że pozostawia na nich grudki węgla.


I heard lots of stories about using coal as a brow darkener/eyeliner/mascara. I got some coal by burning a few matches. Then I smashed the coal and added two drops of almond oil. As a result I got a paste resembling a crushed pencil eyeliner. Works perfectly well for eyebrows defining. I also did an almost invisible line on the eyelid, near the eyelashes. This method won't really work as a mascara though, mainly because of the parts of coal stuck on the lashes.




Nie pokażę wam końcowego efektu, bo pasta wygląda średnio estetycznie, a może ktoś z was je właśnie obiad :/

Róż, o którym przed chwilą wspominałam (przepis znajdziecie tutaj), jak na regencyjne wymagania może być odrobinę zbyt błyszczący - ale wystarczy wchłonąć chusteczką tłuszcz, pozostający na twarzy przez użycie oleju, i nieco przypudrować. Myślę, że róż w takiej postaci byłby idealny dla osób o delikatnej, jasnej karnacji - na mojej zaczerwienionej i opalonej twarzy niestety nie za bardzo go widać, a tuż po nałożeniu wygląda po prostu jak placki spowodowane niedoskonałościami cery.


The rouge (or a blusher? how do you call this thing? lol) was based on this recipe by Porcelana. It's a bit shiny, but you can take off the oily layer with a tissue. My complexion is a bit to reddish and dark to make the rouge properly visible.






W Regency House Party pojawia się jeszcze jedno ciekawe, kosmetyczne zjawisko - dotyczy ono... dezodorantu. Zamiast niego używane są waciki nasączone sokiem z cytryny. Wczoraj wypróbowałam ten sposób i choć oczywiście nie działa to jak antyperspirant i nie zatrzymuje pocenia, o dziwo powstrzymuje jakiekolwiek zapachy. Dzisiaj wycisnęłam połówkę cytryny i dodałam do niej parę łyżeczek wody różanej, żeby z dezodorantu bezwonnego zrobił się wonny. Sama woda różana posłuży mi również jako delikatne perfumy, bo w całej masie dziewiętnastowiecznych powieści kobiety używają jej często i gęsto. 

I also got inspired by the way the Regency House Party participants solved the deodorant problem. As most of you can remember, the used lemon juice instead. I tried it yesterday and it works pretty good, so today I added some rose water to the juice to give it a delicate scent. I'm also going to use rose water as a perfume. 



Szukałam również przepisu na sole trzeźwiące, ale nie ciągnie mnie jakoś do zabawy amoniakiem (a jak sole w torbie się wysypią/wyleją na suknie? Cała garderoba do wyrzucenia), poza tym to byłoby raczej jako ciekawostka, a nie kosmetyk pierwszej potrzeby.

Na razie tyle, a ja po tej dłuższej przerwie zabieram się za szycie pelisy, która oprócz rozmaitych prac wykończeniowych jest już ostatnią częścią garderoby na zlot rozpoczynający się już AAAAAAAAAWHDIUFHBUIFHBIUSDIAS w piątek.


Enough of this, there's still plenty to do. Pelisse waits!

piątek, 5 września 2014

kukbuk!

Ok, oficjalnie zaczęłam prawdziwe wakacje. Chwilowo skupię się na szyciu na Ojców, być może już niebawem zaprezentuję wam pierwsze efekty moich zmagań z czasem i wydolnością dwóch rąk.

Tymczasem... 

Lipiec, 2013 rok - upocona jak świnia, odziana w krynolinę i białą suknię zeszłam ze schodów Muzeum Narodowego w Krakowie i pobiegłam chodnikiem w stronę Parku Jordana, za resztą przebranych dziewczyn. Nie dotarłam tam jednak od razu - zatrzymała nas elegancko ubrana pani, która wręczyła nam swoją wizytówkę. Kukbuk... Hm... Brzmi znajomo. Czy to nie ta gazeta, której apetyczną reklamę widziałam ostatnio w kinie? Wymieniamy się kontaktami, idziemy na piknik i kontynuujemy zlot (prawie) bez zakłóceń.

Mija sierpień i sporo września, aż otrzymujemy maila z prośbą o spotkanie. Przychodzimy na nie ja, Fobmroweczka, Porcelana, Ms. Nelly i Gabrielle. Dziennikarka Karolina prowadzi z nami luźną rozmowę, podczas której opowiadamy o naszym hobby, inspiracjach, stosunku do współczesnej mody. 

I znów mija dużo, dużo czasu. Nasz artykuł ma się ukazać dopiero we wrześniowym numerze...

Chwila, przecież już jest wrzesień. Czy to znaczy, że... Tak! To znaczy, że gdy podejdziecie do jakiegoś większego kiosku/Empiku, najprawdopodobniej znajdziecie tam Kukbuka z naszym artykułem.


Yay, I'm in a magazine! Unfortunately it's in Polish, but my blog was mentioned, so I couldn't resist to tell you. Also, tomorrow I'll try some cosplaying. My outfit right now is rather miserable, hopefully it will turn out better.


Polecam!

Musiałam wyciąć oczy Człowieka, Który Przeżył Kampanię Wrześniową,
ale w sumie całkiem nieźle skomponowałam się z okładką.


A z innych niusów - w sobotę (yy... jutro.) wybieram się na Polcon i postanowiłam w związku z tym popróbować trochę cosplayu. Nigdy mnie jakoś nie ciągnęło do tej dziedziny kostiumingu, ale właściwie łączy ona moje hobby z moimi studiami, więc - why not. Zobaczymy. Jeśli ktoś z was będzie, szukajcie Cersei Lannister z włosami Daenerys - to ja.


P.S. Zestaw bielizny osiemnastowiecznej nadal na was czeka, tym razem sporo przeceniony.