piątek, 26 czerwca 2015

pszczyńska suknia 1908 / 1908 dress

Dzisiaj pora na pokazanie wam mojego pszczyńskiego outfitu (tłum. dla normalnych ludzi: sukni, którą miałam na sobie podczas Pikniku w Pszczynie). Jeśli mam być szczera, nie jestem z niego w stu procentach zadowolona. Celowałam w smukłą sylwetkę, która pojawiła się w roku 1908. Wąskie rękawy i rękawiczki, talia w nienaturalnym, nieco podwyższonym miejscu, lekka gołębia pierś (tym razem już nie w okolicy pępka, a mniej więcej tam, gdzie znajduje się ta naturalna) i tren. 

Today I'm going to show you the dress I was wearing at our annual Pszczyna piknik. I'm not really fond of it, to be honest. I was aiming at the sleek silhouette of 1908, the one you can see in De Gracieuse fashion plates - high waist, train, small pidgeon bust, slim sleeves and long gloves.


Poległam. Nie mam pojęcia, jak sprawić, żeby moja talia znajdowała się niemal 15 cm wyżej (bo bioder przecież nie podniosę!), nie wiem, jak sprawić, żeby suknia była smukła (zrezygnować z halki?), ale jednocześnie nie klapnięta (czyli jednak halka?). Nie wiem, jak utrzymać na głowie olbrzymi kapelusz nie spychając go sobie prawie na nos (jak się za chwilę przekonacie, tak spędziłam większość pikniku). Nie wiem, jak utrzymać w ryzach fryzurę podatną na wszystkie wstrząsy i zmienne warunki pogodowe. Po prostu nie umiem.

Przeklęty rok 1908! Jeszcze cię dorwę!

And I failed miserably, because I just don't know. I don't know how to make my waist appear higher than it naturally is, if I'm accentuating the hips also. I don't know how to make the skirt appear sleek without it being floppy. I don't know how to keep a giant hat on my head without forcing it onto my forehead. I don't know how to make a huge updo look good when it's sunny, then there's storm, than sun, than rain again. I simply don't know.

Darn you 1908! I'll be back!


Inspiracje:
Inspirations:






I mój strój.
And my outfit.








Moje włosy + godziny szarpania ich kapeluszem + burza i deszcz = zło.
Naprawdę, tych składników nie powinno się łączyć.



Szkoda tylko, że nie udało mi się zrobić zdjęć ozdób na kapeluszu, bo niestety po ucieczce przed deszczem jest obecnie w stanie Krytycznej Rozwałki.

Too bad I forgot to take pictures of my hat decoration, because right now it's ruined, thanks to running away from the rain.

czwartek, 18 czerwca 2015

arystokratka w prześcieradle

Dear foreign readers, this post is like super boring and concentrates on issues that are just too local for you to care. I highly recommend you to ignore it and wait for the next one to come. Sorry!


Dużo ostatnio myślałam. A właściwie nie ostatnio, a na przestrzeni ostatnich kilku lat, o tym, co dla mnie jest oczywiste i naturalne, a dla innych szokujące. Zacznę może od tego, że nie zawsze jest pięknie, a internet nie ogranicza się do komentarzy pod postami. Już dawno temu zaczęłam trafiać na pierwsze fora, na których pisano o moim blogu czy samej Krynolinie, na grupy na Facebooku, gdzie ludzie, nieświadomi mojej obecności czy też ją ignorujący, wymieniali, co dokładnie im w naszej twórczości nie pasuje. Ponieważ należę do ludzi, którzy niezbyt się przejmują, przeczytałam wszystkie uwagi i zapamiętałam, by na przyszłość móc się poprawić lub namyśleć nad tym, co sądzą inni. Każdy ma w końcu prawo do własnego zdania i to ważne, co siedzi w głowach nie tylko stałym czytelnikom, ale i postronnemu odbiorcy, który wchodzi na nasze blogi przez przypadek.

Ale czas mijał, a wyrazy niezadowolenia czy niezrozumienia wobec tego, czym my się właściwie zajmujemy, powtarzały się coraz częściej. Więc może pora na... wyjaśnienia?


Dlaczego szyjemy z tanich prześcieradeł?

"To ma być rekonstrukcja? Przecież to jest POLIESTER. Przecież to są zasłony i narzuty, pościel, prześcieradła. Jak już się zabierają za stroje wyższych sfer, to mogłyby się przyłożyć. Jedwab, bawełna, wełna, a nie..." - to nie jest oczywiście dosłowny cytat, ale przez 2,5 roku zajmowania się tym hobby troszkę się tego typu wypowiedzi w internecie naczytałam, zarówno o Domowej, jak o Krynolinie.

Zdradzę wam pewien sekret. Gdyby nie poliestry i zasłony z second handów, zdobyte cudem na przecenach, tego bloga by nie było i nie powstałby żaden mój strój. 

POLICZMY!

Wystarczająco gruby materiał o porządnym splocie i bez domieszek = optymistycznie 30 zł.
Materiał na tiurniurę = również optymistyczne 8 metrów = 240 zł.
Do tego dochodzą nici, igły, guziki, falbanki i inne ozdoby, które w zaokrągleniu kosztują ok. 50 zł., razem z materiałem, 310 zł.
Pomnóżmy to przez siostrę/koleżankę, która też chce się wybrać na imprezę = 620 zł.

Jasne, piękna, naturalna bawełna czy jedwabna satyna brzmią świetnie i wspaniale wyglądają, ale robi się mniej ciekawie, gdy zaglądasz do studenckiego portfela, który najczęściej jest puściutki, a ty nie pracujesz, żeby uzupełnić brakujące zasoby. 

To jest naprawdę drogie hobby i muszę robić wszystko, żeby choć trochę zaoszczędzić - zwłaszcza, że często szyję kilka strojów w miesiącu na różne imprezy. Dlatego prawdziwym wybawieniem są dla mnie second-handy, gdzie często znajduję zasłony naprawdę dobrej jakości, o historycznym wzorze czy kolorze, płacąc za nie zazwyczaj około 30 zł - czyli tyle, ile za... metr naturalnego materiału. Czasem nie wychodzi i suknia wygląda sztucznie, ale czasem... widzę na Pintereście czy nawet Etsy suknie szyte z jedwabiu i wełny i "nie wierzę" im, nie wyglądają historycznie - może dlatego, że materiał jest po prostu... za dobry? 

Prawdziwy kryzys ciśnienia na naturalne materiały przeżyłam szyjąc niedawno mój riding habit z... polaru. Wzorowałam się głównie na przepięknym stroju Couture Mayah, którego zdjęcia poddałam dogłębnej analizie i z ekscytacją odkryłam, że jego faktura jest niemal identyczna jak mojego polaru! Aby potwierdzić mój triumf i przekonać się na pewno, że autorka również go użyła, przeczytałam dołączony do zdjęć tekst. A tam Mayah opisuje, jak udało jej się zdobyć naturalną, czystą wełenkę na habit... No i znów moje zwątpienie, bo czy ma sens zamiast kilku strojów w ciągu roku szyć jeden, naturalny, skoro efekt końcowy jest ten sam, a to na nim właśnie mi zależy? Oczywiście ile krawcowych historycznych, tyle różnych podejść do tematu - niektóre bardzo pieczołowicie zbierają na wyłącznie naturalne materiały. Ja tyko pytam samą siebie - czy warto, skoro współczesne techniki produkcji tkanin pozwalają na niemal nieodróżnialne (nawet przez specjalistów, z bliska, no bo kto by podejrzewał, że stoi przed tobą dziewczyna w żakiecie z koca) kopie tych naturalnych, a ja jestem jedynie nędznym studenciakiem, w dodatku dość skąpym?



Strój z kocyka z IKEI (żakiet) i polaru (spódnica)


Poliestrowa narzuta z second-handu skończyła jako edwardiańskie kimono



Suknia a la Jane Eyre powstała z kolei z second-handowego prześcieradła...


Dlaczego odtwarzam tylko arystokrację?


Na bogato w moim riding habicie 1740's


Może zacznijmy od tego, że... nie odtwarzam. Zajmuję się niemal wyłącznie ubiorem i akcesoriami. Nie przychodzę na spotkania i nie przedstawiam się jako Lady Eleonora, wachlując się od niechcenia. Zazwyczaj jestem po prostu Karoliną, która zawsze nadmiernie gestykuluje, robi dziwne miny i nadużywa niehistorycznych zwrotów typu "LOOL" czy "YOLO". Oczywiście kostium wymaga pewnego rodzaju powściągliwości, ale wynika to raczej z jego natury i konstrukcji, niż mojego pragnienia, by stać się "damą". Tę powściągliwość zachowuję na momenty, gdzie faktycznie trzeba coś odegrać - zdjęcia, scenki dla oglądających...

Czasem mam wrażenie, że tym różni się kostiuming od rekonstrukcji historycznej. Większości z nas zależy po prostu na dobrej zabawie w strojach, nawet rekonstrukcjach ubioru, ale nie ma do tego "dołączonej" żadnej fabuły, hierarchii, podziału ról. Co nie oznacza, że taką formę negujemy - ja na przykład chciałabym spróbować kiedyś rekonstrukcji historycznej z prawdziwego zdarzenia, gdzie kontroluje się zarówno swój język i gesty, jak i regulowane są kontakty z innymi uczestnikami. Ale jakże przyjemnie jest czasem po prostu usiąść z kilkoma nowopoznanymi osobami i ponarzekać na trudny wykrój, drogi materiał i skomplikowane zdobienia, które wszystkim sprawiły problem.

Szczerze mówiąc, "status społeczny" noszonego przeze mnie stroju w ogóle nie jest dla mnie ważnym czynnikiem. Wybieram daną suknię czy dany okres, bo podobają mi się wrażenia wizualne, jakich dostarcza. Jeśli ta suknia należała do arystokratki, to fajnie. Jeśli do nauczycielki, to fajnie. Jeśli ten typ ubioru był domeną mieszczaństwa - też fajnie. Jeśli to wiejski strój ludowy akurat przypadł mi do gustu - super. Naprawdę, jest mi to całkowicie obojętne. Podobają mi się na przykład wiktoriańskie stroje cyrkowe i teatralne, a wiadomo, jaką reputację miały noszące je damy. Czy w jakikolwiek sposób mi to przeszkadza? Nie. Na takiej samej zasadzie nie czuję przeszkód, by skopiować którąś z tegorocznych sukni oscarowych - czy dlatego, by poczuć się jak gwiazda? Nie, to zupełnie nie ten kontekst. Po prostu lubię proces tworzenia pięknego ubrania i zakładania go. Lubię widzieć, jak historyczna sylwetka na moich oczach ożywa.


Dlaczego nie mamy służących?


W gorsecie Corsetry&Romance.
Nie wiem, co on ma do tematu, ale każda okazja by go pokazać jest dobra


Szczerze mówiąc, akurat w moim przypadku wynika to z przyczyn etycznych. Po prostu nie bawiłabym się dobrze na imprezie, na której połowa moich znajomych by mi usługiwała. Jasne, to wciąż tylko zabawa, ale kojarzycie eksperyment więzienny Zimbardo? Psychologia trochę mnie przeraża i obawiam się, że niektórzy mogliby za bardzo "wczuć się" w role panów. Wszyscy uwielbiamy oglądać służących na ekranach, ale była to naprawdę bardzo ciężka fizycznie, psychicznie i nie oszukujmy się - poniżająca praca. Współcześnie często podkreśla się, że służący byli bardzo dumni ze swojej profesji, ale szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby komukolwiek z moich znajomych łatwo było całkowicie zrezygnować z dbania o siebie, ze swoich praw, wybrać bycie traktowanym jako ktoś o niższym statusie społecznym, tylko po to, by spełnić zachcianki kogoś innego. To bardzo delikatna kwestia i trzeba ją umiejętnie rozegrać. Ja w każdym razie połowę takiej imprezy spędziłabym na upewnianiu się, że moi "służący" nie czują się głupio. A że zasznurować gorset i ubrać się potrafię sama i z nalewaniem napoju do szklanki również nie mam problemu, to na razie służącym podziękuję (nie zmienia to oczywiście faktu, że jest to dla mnie fascynujący temat!).



Dlaczego jesteśmy takie zamknięte?



Bal Królestwa, 2014. Bal odbył się w listopadzie, a już wtedy bez problemu dogadywała
się z nami poznana we wrześniu Marylou (w zielonej sukni) czy napotkana na sierpniowym Złotym Popołudniu Melancholia (samotna głowa :D). Nie mówiąc o Raganie (druga od prawej), którą spotkałyśmy pierwszy
raz zaledwie kilka godzin wcześniej.



Już tyle razy to słyszałam. "Jesteście zamknięte na nowe osoby", "Ciężko do was dołączyć", "Widziałam was, ale bałam się podejść, bo byłyście zajęte sobą."

Wyobraźcie sobie klasę. W podstawówce, gimnazjum, liceum, obojętne, schemat jest ten sam. Wyobraźcie sobie, że musicie do takiej klasy dołączyć. W pierwszym tygodniu szkoły jest jeszcze łatwo, bo wszyscy się znają. Potem klasa jedzie na wspólny wyjazd, po takim wyjeździe jest już trochę trudniej. A teraz pomyślcie, że takich wyjazdów jest coraz więcej i okazuje się, że cała klasa ma te same zainteresowania, które wspólnie rozwija...

Im więcej spędzasz z kimś interesującym czasu, tym więcej chcesz z tym kimś spędzać czasu - to ludzkie. Ale nie oznacza, że nowe osoby są wykluczone ze społeczności. Oczywiście, że jest trudniej, niż osobom, które są w "klasie" od początku. Oczywiście, że dużo osób zna się nawzajem - a jak miałoby być, skoro widzą się conajmniej kilka razy do roku i bawią razem? Omijanie się szerokim łukiem na każdym z tych wydarzeń byłoby co najmniej dziwne. Jeśli kiedyś zda wam się, że jesteśmy zamkniętą paczką przyjaciół, która krzywo patrzy na każdego przybysza z zewnątrz, to wyobraźcie sobie, że wygląda to bardziej jak bardzo duża klasa. Wszyscy się znają, bo "tak wyszło", bo znaleźli się w takich, a nie innych okolicznościach. Że się między sobą dość lubią - cóż, bywają klasy mniej lub bardziej zgrane. Ale zawsze w klasie znajdzie się parę osób, które zainteresuje się i zajmie "tymi nowymi", bo dobrze wie, że to oni mogą już niedługo stać się jej nieodłączną częścią.

W Krynolinie są osoby, które znam od początku mojej przygody, jak i takie, które poznałam na wydarzeniach zaledwie kilka miesięcy temu - i już teraz czuję się, jakbym znała je wszystkie tak samo długo. Niektóre pieczołowicie pracują nad swoimi umiejętnościami, inne zaczęły - i bum, już ich pierwszy strój był perfekcyjnie dopasowany. Naprawdę, jesteśmy sympatycznym światkiem i nie należy się nas bać, bo już niedługo z kilkudziesięciu osób zrobi się kilkaset i to, kto kogo lepiej zna i z kim się kumpluje, nie będzie miało absolutnie żadnego znaczenia ;) 


To chyba wszystko, co chciałam wam tak naprawdę, od serca, wytłumaczyć czy wyjaśnić. A teraz zakończmy te ciężkie niczym Sansa skacząca z muru tematy i powróćmy do marzenia o pięknych strojach, które uszyjemy w wakacje!

wtorek, 16 czerwca 2015

jak skutecznie popełnić samobójstwo?

fot. Tomasz Gudzowaty


Myślisz o tym już od dawna, może nawet próbowałeś, i nadal nic?

Nie jestem w tej kwestii specjalistką i daleko mi od myśli samobójczych. Ale miewam lepsze i gorsze dni i żeby wyobrazić sobie, co czuje ktoś będący na skraju odebrania sobie życia, mnożę te gorsze razy 100. Dlatego na podstawie moich obserwacji mogę dać ci kilka rad.

Rada nr 1: Nie rób tego. Takie proste, a takie trudne. 

Wyobraź sobie, że twoje życie to film. Możliwe, że kiedyś był lekką komedią romantyczną, a teraz zrobił się z niego przygnębiający thriller psychologiczny. Jak chciałbyś, żeby film się zakończył? 

Wyobraź sobie, że właśnie jutro może ci się przydarzyć coś niezwykłego. Możliwe też, że nic się nie wydarzy, ale tego nie wiesz na pewno. Może poznasz kogoś ciekawego, dostaniesz propozycję podróży, przygarniesz psa. Może mały szczegół w otaczającym cię świecie przykuje twoją uwagę i uruchomi lawinę myśli, które sprawią, że coś w tobie pęknie, coś zacznie się zmieniać. Czy chciałbyś poddać się właśnie przed tym dniem?

Wyobraź sobie, że najprawdopodobniej kilka lub kilkadziesiąt kilometrów od ciebie ktoś inny właśnie podjął decyzję. Uznał, że życie po prostu go przerasta. Czy kibicowałbyś mu? Czy gdyby poprosił cię o radę, powiedziałbyś "Tak, powinieneś to zrobić, ja tu posiedzę i popatrzę"? Nie, bo podskórnie czujesz, że każde życie jest ważne - nawet zupełnie obcego ci człowieka. Tak naprawdę nic dla ciebie nie znaczy, a odruchowo chciałbyś go ocalić. Dlaczego? 

Czasem wystarczy po prostu podjąć jakąś decyzję. Może nią być kontakt ze specjalistą, który udzieli ci pomocy i wszystko bardzo powoli zacznie się układać. Może to być poważna rozmowa z kimś bliskim i wspólne podjęcie jakiś kroków. Może to być decyzja o zmianie miejsca pracy, zamieszkania, otoczenia. 

Żeby odbić się od dna, trzeba najpierw przynajmniej ruszyć palcem u stopy, choćby był to ogromny wysiłek. A dalej już ktoś pomoże ci w wydobywaniu się na powierzchnię. Dasz radę. Pierwszy krok robię za ciebie i zamieszczam numery telefonów. Teraz twoja kolej.

Z całego serca życzę ci powodzenia.


116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej


---


Być może to nie miejsce na tego typu posty. Ale dzisiaj przeczytałam wpis Stay Fly, który uświadomił mi, jak realny wpływ ma internet na ludzi z myślami samobójczymi. Czy wiecie, że 6000 osób w Polsce w ciągu roku skutecznie popełnia samobójstwo? 

To oznacza, że dziś, w dzień, kiedy czytacie tego posta, zabije się 16 osób. Spora część z nich szuka sposobu na śmierć w internecie. Jeśli ten wpis pomoże choć jednej z nich, to znaczy, że było warto go napisać. Klikajcie w niego jak najwięcej i piszcie swoje, żeby przechytrzyć Google i "zaspamować" wsparciem tym, którzy wciąż się wahają!

czwartek, 11 czerwca 2015

piknik belle epoque w pszczynie / the belle epoque picnic in pszczyna

Naprawdę nie wrzucałam tu posta już trzy tygodnie? Ups. 

Dzisiaj chciałam opisać niedawny piknik w Pszczynie, następnym razem skupimy się na stroju, który miałam na sobie.


Zacznijmy od tego jak w ciągu dwóch lat z czegoś takiego...


/ How is it that within two years...




... zrobiło się to?

/ ... we managed to get here?



Również się nad tym głowię.

30 maja odbył się trzeci piknik Krynoliny w Pszczynie. Rozpoczęłam go o 6 rano robieniem fryzury. Dla odmiany, ponieważ mój kapelusz wymagał większej objętości włosów, by w ogóle utrzymać się na głowie, użyłam wypełniacza ze skarpetek i waty (REKO BARDZO). Wypełniacz został roboczo ochrzczony przez Daisy jelitem i nazwa przyjęła się do tego stopnia, że czasem nieopatrznie używam jej w miejscach publicznych ("No, ja chyba założę na głowę to jelito").

I have honestly no idea.

The third Krynolina picnic took place on 30th of May in Pszczyna and it was a pure delight. At 6 am I was already working on my hair (which wasn't at all delightful) - I was planning a huge hat this time, so I had to build up some Gibson Girl volume. I used some support, and by support I mean stuffed socks tied together...

Mój kot również jest wielkim fanem jelita.

Po uporaniu się z własną fryzurą, musiałam zabrać się za włosy Daisy. Nie było to łatwe, bo jak zapewne już wiecie, niedawno ścięła włosy, a wyczarowanie z jej krótkich kosmyków gibsonowej fryzury kosztowało mnie sporo czasu i nerwów. 


To, co pierwsze mnie zaskoczyło po przybyciu na piknik, to fakt, że wszyscy - absolutnie wszyscy - mieli na sobie stroje idealnie wpasowujące się w epokę. Nie było sukni "VICTORIAN ROCOCO LOLITA" z eBaya, nie było pseudoedwardiańskich stylówek z H&M-u - wszyscy, co do jednego, uszanowali nasz dresscode i spędzili dużo czasu nie szczędząc wysiłków, aby skompletować odpowiedni strój i akcesoria (a nawet jeśli nie i ich stylizacja powstała na szybko, to naprawdę nie było tego widać). 

Oprócz tego wiele osób przyniosło własne kosze, szklane butelki, puszki z ciasteczkami, co sprawiło, że momentalnie wytworzył się niezwykły klimat.


After I made it to the picnic, I was astonished by the number of participants and all the gorgeous outfits. Honestly, never in my life have I been in a place with so many people wearing clothes from a particular era and looking OH SO GORGEOUS! I spent half of the picnic just staring at them. Most of the people brought some Edwardian themed picnic stuff as well, which consisted of picnic baskets, vintage Coke bottles and old tins filled with cookies. I immediately felt as if I stepped back in time and I was really proud to be a part of something so wonderful.


fot. Paulina Kowalczyk



fot. Paulina Kowalczyk


fot. Paulina Kowalczyk


fot. Paulina Kowalczyk


fot. Paulina Kowalczyk

fot. Patryk Bochenek - na pierwszym planie pani Anna Moryto, autorka strojezpasja.pl. Wyglądała tak niesamowicie, że aż zapomniałam do niej podejść, bo ciągle się w nią wgapiałam. Za to teraz absolutnie MUSZĘ uszyć coś z końcówki lat 1890!


fot. Paulina Kowalczyk


Classic shoe-shot becoming a tradition!










Nie obyło się niestety bez przykrych niespodzianek. Mniej więcej w połowie pikniku rozpętała się burza i wszyscy w pośpiechu zebraliśmy się do jednej z pobliskich kawiarni...


/ Unfortunately in a middle of a picnic it started raining. We ran away to a cafe nearby...


/ It's not going to rain! - It's not going to rain, is it? - Dammit.

... by już po chwili wrócić na zroszoną deszczem trawę i kontynuować zabawę!

... but after a short time we were back having even more fun than before!



Niestety, o wyznaczonej przez nas na zakończenie pikniku porze deszcz znów pokrzyżował nam plany i wszyscy rozproszyliśmy się po parku, by zmoczeni, ale szczęśliwi wrócić do domu. Przyznam, że gdyby nie dwuipółgodzinne opóźnienie pociągu i wieczór spędzony na pszczyńskim peronie z rurkami z kremem jako jedynym pożywieniem, ten dzień byłby idealny. 

By the time the picnic was supposed to end it started raining again, so we quickly packed and everybody left in a hurry, without even being able to say a proper goodbye. Due to some kind of an accident out train was delayed 2,5h, so I must say returning home was a nightmare to me and took me about 4,5h in total, which would otherwise have taken about 2. Still, apart from that, it was a lovely day.


Na zakończenie krótki film, który zmontowałam w ekspresowym tempie dzień po powrocie z pikniku. Nie byłabym sobą, gdyby nie był cały roztrzęsiony, ale naprawdę, przy walizce, plecaku, torbie z aparatem, kapeluszem o metrowym obwodzie, krokiecie i zestawie bouli noszenie ze sobą stabilizatora nie wchodziło w grę.

And here's a short film I managed to make. As always it's super-shaky. One day I'll manage to get it right and stable... One day...