środa, 11 stycznia 2017

2016 - podsumowanie

[ENGLISH] As this is one of the longest posts I've written so far, I don't really feel like translating it. However, there are some pictures featured as well as links leading to posts that in fact do have English translations, so feel free to find these in the text below.

A w sumie, dlaczego nie. Oto podsumowanie tego, co kostiumowego i historycznego zrobiłam w tym roku!

Styczeń

W styczniu wzięłam udział w dwóch balach - Szkockim oraz warszawskim Balu Arsenału.

Bal Arsenału odbył się tym razem w pokrytych pięknym puchem Łazienkach, zaś datowanie sugerowało końcówkę osiemnastego wieku. Bal miał zupełnie inny charakter, niż ten, który odbył się w 2015 roku - przede wszystkim dlatego, że tym razem przyjechało na niego mnóstwo moich znajomych, uczestników też było prawie dwukrotnie więcej. Bawiłam się jednak równie dobrze na obydwu balach. Atmosfera podekscytowania, nowych znajomych i szalonych wygłupów pozostała bez zmian.


fot. Piotr Żurek


fot. Piotr Żurek


fot. Piotr Żurek


fot. Piotr Żurek
Nieco później w tym samym miesiącu odbył się w Krakowie Bal Szkocki. Bal Szkocki jest zawsze swojski i na luzie, mam też do niego spory sentyment, ponieważ to właśnie on kilka lat temu pchnął mnie do uszycia pierwszego kostiumu. I tym razem było podobnie - w przeciwieństwie do Balu Arsenału nie zawarłam żadnych nowych znajomości, był za to bardziej intensywny tanecznie. Na bal założyłam moją błękitną robe a l'anglaise i chyba jedyne foto, na które się załapałam, to moje własne selfie (nie wiem, dlaczego nie wyświetlają mi się instagramowe zdjęcia zamieszczone w tym poście - wam też? jeśli tak, kliknijcie po prostu na opis fotki)

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Karolina Żebrowska (@eleonoraamalia) 

A nie, jednak jakieś jest:


fot. Saasankowe Fotki

Luty

W lutym najpierw pokazałam wam moją suknię z Balu Listopadowego...



... a potem miałam okazję brać udział w katowickiej imprezie w stylu lat 20. Chociaż nie była ona specjalnie historyczna, razem z ChopiniannąGabrielą i Daisy tak bardzo byłyśmy spragnione klimatów rodem z Wielkiego Gatsby'ego, że postanowiłyśmy wbić w sam środek ubranych w sukieneczki z Zary pań i spędzić noc na tańczeniu bez skrępowania Charlestona. Suknię niedługo potem pokazałam wam na blogu.


Luty był wyjątkowo obfity w posty, ukazało się ich bowiem aż cztery, podczas gdy w resztę miesięcy 2, 1 lub 0. Kolejnym postem był słowniczek slangu kostiumowego, zaś pod koniec lutego podzieliłam się z wami zdjęciami mojego nowego płaszcza.


W lutym poznałam też Klod i we trójkę z Daisy zrobiłyśmy sobie zdjęcia na krakowskim Kazimierzu. To był tylko wstęp do wielu naszych przygód :,)



Marzec

W marcu założyłam profil na portalu Patronite, dzięki któremu pozyskałam fundusze na praktycznie większość strojów, które szyłam do końca tego roku, oraz udało mi się zebrać większą część pieniędzy na moją suknię Elżbiety Wielkiej (nadal w fazie beta). Wciąż nie wiem, jak wyrazić wam wdzięczność za uzyskane wsparcie i całą pomoc. Choć teraz na głowie mam bardziej przyziemne wydatki, jak przedłużacz czy wieszak na ścianę za funciaka, wiedzcie, że pieniądze z Patronite trzymam dzielnie odłożone na czas, kiedy będę mogła wrócić do szycia pełną parą.

Kwiecień

W kwietniu najpierw podzieliłam się z wami moją obsesją na punkcie lat 40., zaś potem wybrałam się na polowanie. Ten strój to właściwie bardziej stylizacja niż uszyty przeze mnie kostium, ale zabawa była i POSZCZELAŁAM.



Maj

Maj, z niewiadomych mi powodów, to odwieczny kostiumowy armagedon. Pięćdziesiąt interesujących mnie wydarzeń kostiumowych lub historycznych na milimetr kwadratowy to standard, najczęściej też, przytłoczona potrzebą dokonania wyboru, poddaję się i na większość z nich nie jadę. Tym razem wybrałam między innymi Bibliotekę Podgórską w Krakowie, w której razem z Daisy i Dorfi opowiedziałyśmy o naszym hobby. Założyłam żakiet z lat 1890., którego jeszcze wam nie pokazywałam, a który powstał naprędce na kręceniu filmu promocyjnego na Złote Popołudnie.



Pod samiuśki koniec maja odbył się kolejny piknik w Pszczynie. Wiedziałam, że tym razem jest to impreza której nie mogę ominąć. W warstwach uszytej naprędce, niedokończonej (NO SZOK!) tiurniury i okropnym upale doczołgałam się na piknik, który tym razem był nieco bardziej kameralny, co sprzyjało, oprócz zawarcia nowych znajomości, odświeżeniu starych. Piknik opisałam tu.



Na piknik uszyłam też suknię Daisy, którą miała na sobie na pikniku. Chyba pierwszy raz jej kreacja podobała mi się dużo bardziej od mojej własnej :D



Czerwiec

Na początku czerwca pokazałam wam suknię, która w praktyce powstała w maju...



Ale w czerwcu również działo się wiele ciekawych rzeczy. Tak naprawdę, czerwiec najbardziej obfitował dla mnie w różne wydarzenia kostiumowe.

Pojechałam między innymi do Warszawy na 200-lecie Uniwersytetu Warszawskiego. Był to bardzo intensywny dzień, który zaczął się uroczystym pochodem i bardzo randomowym przejazdem dorożką z panem Olgierdem Łukaszewiczem, minął na spacerach, tańcach w ogrodzie, wypadach do Dunkin' Donuts w strojach i pokazie mody, a skończył na potężnej migrenie i dogorywaniu w szatni, podczas gdy reszta dziewczyn z Krynoliny, przebranych w stroje balowe, brała udział w bankiecie dla uczestników pochodu. Potrafię wyobrazić sobie lepsze sposoby na zakończenie dnia, ale i tak było bardzo miło. Taka jakaś jest ta Warszawa, że praktycznie nie spotkacie mnie tam we współczesnych ciuchach.

Na 200-lecie uszyłam sukienkę celującą w 1816 rok wraz z odpowiednią nową budką (tak, aby trafić w rocznicowe datowanie) oraz skompletowałam strój regencyjnej służącej. Obydwu strojów jeszcze wam nie pokazywałam na blogu :O


fot. Portretownia Warszawska



Chyba jedyne zdjęcie, na którym uwieńczono fragment mojego stroju z pokazu / fot. Czapla z obiektywem

Nieco później wybrałam się do Pieskowej Skały, gdzie robiłam za ozdobę zamkowego salonu, rysowałam, jadłam potrawy przyrządzone według oryginalnych dziewiętnastowiecznych przepisów i brałam udział w pokazie mody. Ubrałam, po raz kolejny, moją suknię z lat 1790. szytą na Bal Arsenału.

(wszystkie poniższe zdjęcia są autorstwa Pauliny Kowalczyk)










Gdzieś po drodze w czerwcu powstał też na szybko mój wiktoriański strój cyrkowy.




Pod sam koniec czerwca udało mi się uczestniczyć w Małopolskim Pikniku Lotniczym, gdzie w koszmarnym ukropie i rekordowych temperaturach... sprzedawałam lemoniadę.

Pierwszy, nieoficjalny dzień pikniku spędziłyśmy na Panamie. Nie wierzycie? Sami zobaczcie.

(Wszystkie zdjęcia z pikniku również wykonała Paulina Kowalczyk)









Przy okazji, mam na sobie najłatwiejszą do zrobienia sukienkę na świecie, na wiosnę spodziewajcie się tutka, bo teraz trochę bez sensu wrzucać.

Następnego dnia z rana (co nie przeszkodziło słońcu rozżarzyć już płytę lotniska do nieprzytomności) zrobiłyśmy sobie zdjęcia w strojach inspirowanych wojskowymi. Fun fact: spódnica, którą mam na sobie, została moim retro faworytem i jest aktualnie jednym z ulubionych ciuchów, które noszę na co dzień.








Lipiec

W lipcu, pomiędzy wakacyjnymi wojażami, uszyłam na spontana suknię z lat 1780. Spontana-nie spontana, bo uszycie czegoś w tym stylu marzyło mi się już od dłuższego czasu (wspomnijcie moją wiktoriańską kreację cyrkową, gdzie było już widać perukę mającą się przepoczwarzyć w osiemnastowiecznego jeża).



Również w lipcu, na zdjęcia z Sarachmet, uszyłam strój inspirowany obrazem Sargenta.


Sierpień

W sierpniu nakręciłam razem z Wrońską (też dość spontanicznie) spot reklamujący Złote Popołudnie - chyba z żalu, że mnie tam nie będzie!


Zdążyłam jeszcze wziąć udział w sesji dla Muzeum Historii Fotografii, gdzie pozowałam w mojej spódnicy ze Złotego Popołudnia.

fot. Muzeum Historii Fotografii w Krakowie

Tak się złożyło, że sierpień był dla mnie też okresem przygotowań do zmiany studiów i kraju. Jak możecie się domyślić, taki zabieg wymaga sporo energii, a jeszcze więcej energii pochłania już etap właściwy tej przygody, czyli studiowanie i życie. Dlatego...

Wrzesień
Październik
Listopad

minęły bez kostiumowych przygód. Poza odwiedzeniem wystawy Alfonsa Muchy w Glasgow i zwiedzenia kilku szkockich zamków, nic się specjalnego nie działo (chyba, że za coś specjalnego można uznać pisanie kilku scenariuszy tygodniowo, organizowanie castingów, próby z aktorami, naukę obsługi rekordera, lamp, jazdy i kamery, asystowanie przy filmach i reżyserowanie własnego).

Wtem!

Listopad

Pod koniec listopada wybrałam się z Olgą po raz kolejny do mojego ukochanego Haworth, miasteczka sióstr Bronte. Wyjazd ten planowałyśmy od jakiegoś czasu i próbowałam nawet uszyć specjalnie na ten cel suknię z lat 1840., ale przez uczelniane zawirowania nie zdążyłam na czas (tak całkiem szczerze, zdążyłabym, ale kompletnie nie miałam już na to ochoty). 

Cały wyjazd opiszę wam, mam nadzieję, już niebawem w osobnym poście.

Grudzień spędziłam wypoczywając, więc również nic ciekawego nie mam wam do opowiedzenia (może tylko powiem, że na gwiazdkę dostałam druty i włóczkę, więc będzie dziergane). Teraz powoli wracam do uczelnianego trybu, mając nadzieję, że ten semestr pod względem strojów będzie nieco łaskawszy. Choć, szczerze mówiąc, przeglądając napisanego właśnie posta, jestem całkiem zadowolona z tego, ile udało mi się w tym roku uszyć.

wtorek, 27 grudnia 2016

sargent, czyli sesja z sarachmet / sargent - my sarachmet photoshoot

Hejo hejo, witam po przerwie! Gdybyście zastanawiali się, co się ze mną dzieje, to ostatnie trzy miesiące spędziłam na studiach w Edynburgu. Nie będę kłamać, że nie miałam czasu tutaj pisać - po prostu kostiumy zeszły trochę na boczny tor. W międzyczasie uszyłam - dosłownie - tylko pół stroju, dlatego to, co chcę wam dzisiaj pokazać, powstało już jakiś czas temu.

Hi there! In case you've been wondering, I spent the last three months studying in Edinburgh. That's why my mind was focused on things that were not necessarily connected with this blog and my costumes. So while I haven't made anything new (well, at least haven't finished), here's an outfit from a couple of months ago.

Historia tej sesji sięga (specjalnie sprawdziłam) stycznia 2015 roku. Właśnie wtedy, po kilku latach podziwiania prac Sarachmet, zdecydowałam się do niej napisać. Tak się to jakoś potoczyło, że umawianie się na zdjęcia zajęło nam półtora roku i ostatecznie spotkałyśmy się dopiero w te wakacje.

This summer I finally got to work with one of my favorite photographers, Sarachmet. You might have seen some of her work in bookshops and libraries, as it's often featured on various book covers.

Pamiętam, jak z sercem pełnym wątpliwości wstawałam o piątej rano, żeby zdążyć z fryzurą i przebrać się w strój. W porannym tramwaju nikt nie zwracał uwagi na dziwną dziewczynę w długiej, kremowej spódnicy i żakiecie z monstrualnymi ramionami - może wszyscy byli zbyt senni, może brali mnie za muzealną przewodniczkę jadącą do pracy. Maszerując pustymi, słonecznymi uliczkami, w miejsce stresu pojawiła się ekscytacja, która towarzyszyła mi przez całą sesję.

I remember waking up at 5 to get my hair done and dress up. Our photoshoot took place early to catch the delicate light and avoid the tourists crowding the city centre. 

Swój strój oparłam na tym obrazie Sargenta. Nie jestem z niego całkiem zadowolona (A TO CI NIESPODZIANKA), żakiet zjeżdża mi z ramion, a bluzka, którą planowałam założyć, wyglądała tak źle, że musiałam zrezygnować z niej na rzecz mojej klasycznej lumpowej koszuli ca 2012. Na szczęście Małgorzacie udało się wyczarować z tego biedakowego stroju coś absolutnie magicznego.

My outfit was based on this painting by Sargent. Obviously, I'm not satisfied with it - I had to wear a different shirt than I planned, the jacket runs wild around my shoulders, but still, the photographer managed to create some magical pictures.











poniedziałek, 26 września 2016

kombinezon z lat 1940. / 1940s jumpsuit

[ENGLISH] Sorry, I didn't have enough time to translate this post - anyway, enjoy the pictures!

Chyba nie jest dla was (zwłaszcza dla tych z was, którzy stalkują mnie na Instagramie) niczym nowym fakt, że próbuję swoich sił w ciuchach z lat 40. XX wieku. Na razie uszyłam dosłownie trzy rzeczy, reszta to efekt polowań w second handach, ale, cóż, staram się.

Ale zacznijmy od początku... Kojarzycie Klod? Powinniście! To polska retro modelka, produkująca kolejne sesje zdjęciowe z prędkością karabinu maszynowego. Trochę przez przypadek, a trochę nie miałam okazję spędzić z nią cały weekend podczas jej wizyty do Krakowa (ok, jakby co, to to było strasznie dawno temu. W sumie to chyba w zimie).

Bawiłyśmy się cudnie, zwiedzając fabrykę Schindlera, targi staroci i wżerając lody w porze zdecydowanie podobranockowej, a na potrzeby zdjęć stworzyłyśmy razem z Daisy Super Retro Trio, które udokumentował Jan Surmański.

Dresscode ustaliłyśmy na lata 40./50. W sumie nie pamiętam, jakim cudem na to wpadłam, bo z perspektywy czasu wydaje mi się to totalnie dziwnym wyborem, ale wymyśliłam sobie, że pojawię się w retro kombinezonie. Jeśli jeszcze tego nie wiecie, kombinezonów w latach 30. i 40. było całkiem sporo - często, w eleganckiej wersji, zastępowały one suknie, czasem występowały jako strój plażowy.

Swój uszyłam bez wykroju. Spodnie odrysowałam od pary, którą kupiłam kilka lat temu, z górą improwizowałam (co nie wyszło mi najlepiej, dekolt niezbyt pięknie się układa). Całość udekorowałam koralikową aplikacją, która była moim pierwszym tego rodzaju tworem w życiu.



























Fun fact: kombinezon założyłam w wakacje raz, podczas zwiedzania Wenecji. Kilka osób zatrzymało mnie, żeby zrobić zdjęcie, paru turystów przyłapałam na robieniu tego ukradkiem, jakaś pani z Niemiec najwyraźniej pomyliła mnie z niemiecką aktorką. Krótko mówiąc, była moc.