sobota, 30 marca 2013

wielkanocna lista filmowa!

Jajka nafaszerowane, chrzan utarty, ciasteczka gotowe, nic do roboty... To znak, że czas zabrać się za nowy post. 

A dzisiaj, aby zachować imidż rasowego filmoznawcy, proponuję wam kilka ciekawych filmów, które warto zobaczyć w czasie tej przerwy świątecznej.


1. Na wesoło: "Służące"




Jeśli jakimś sposobem przeoczyliście ten film, który z rozmachem zmiótł dużą część Oscarowych nagród w 2011 roku, koniecznie nadróbcie te zaległości. 


2. Na "dziecięco": "Strażnicy marzeń"





Udało mi się zobaczyć go parę dni temu i potwierdzam doniesienia moich znajomych - jest super! Zwłaszcza postać Jacka Mroza, której zdjęcie mam teraz ochotę powiesić sobie nad łóżkiem ;)


3. Na smutno: "Pan od muzyki"




Gdyby ktoś wpadł w te święta w melancholijno-refleksyjny nastrój, polecam "Pana od muzyki" - film, który po raz pierwszy puszczono mi na wielkopostnych rekolekcjach w gimnazjum i do teraz pozostał mi w pamięci :) Ale nie martwcie się, zabawnych akcentów też znajdzie się tu sporo ;)


4. Na niepokojąco: "Cracks"





Jeden z moich ulubionych filmów, owiany tajemniczą aurą i charyzmą wiodącej aktorki, czyli Evy Green. Dla amatorów nieoczywistego kina autorskiego.


5. Na romantycznie: "Emma" (BBC)





A teraz dla odmiany mini-serial, z aktorką, którą polubiłam już od pierwszego z nią zetknięcia w "Pokucie". Potem postanowiłam zobaczyć ją w "Glorious 39", i w końcu, pomimo moich wcześniejszych wątpliwości, oglądnęłam "Emmę" przed przeczytaniem książki... Nie żałuję!


6. Na mainstreamowo: "Sherlock Holmes"





Już nie po raz pierwszy przekonałam się, że maniakalne unikanie wszystkiego, co rozreklamowane i skomercjalizowane nie wychodzi mi na dobre. Wcześniej taki psikus sprawili mi "Piraci z Karaibów" - teraz zaś, zniechęcona samym pomysłem, omijałam szerokim łukiem "Sherlocka Holmesa" z Robertem Downey Jr-em - nigdy więcej! Pierwsza część tak mi się spodobała, że jeszcze tego samego dnia połknęłam drugą! 


Na ten moment to wszystko, co przychodzi mi do głowy. Oczywiście czekam na wasze ciekawe propozycje w komentarzach ;) Miłego oglądania i wszystkiego dobrego na święta! :)

P.S. Nieśmiało przypominam o mojej książeczce, którą możecie nabyć u góry, z prawej strony bloga :) Jeśli macie konto na wydaje.pl, nie wahajcie się ocenić jej i napisać co o niej myślicie w recenzji!

wtorek, 26 marca 2013

belle epoque!

W związku z zakończeniem ankiety, którą mogliście zauważyć z boku bloga, postanowiłam dojść do jakiś konkluzji :) Na pytanie o ulubiony okres historyczny największym powodzeniem cieszyła się zdecydowanie odpowiedź "Belle epoque", rywalizująca dzielnie z brytyjską regencją, która jednak poległa w ostatecznym starciu (nie przeczę, że zdecydowany wpływ miały na to też tajemnicze, znikające głosy, dzięki czemu czasy Jane Austen chwilowo remisują ze średniowieczem).

A więc co to właściwie była ta belle epoque? 

Mówiąc krótko, chwila wytchnienia dla Europy, zarówno po wykańczających konfliktach militarnych, jak i przed tymi mającymi dopiero nastąpić - okres rozwoju kulturalnego, pokojowego rozkwitu w Europie. Podczas tych kilku dekad na przełomie XIX i XX wieku ludzie mieli wreszcie czas, aby skoncentrować się na rzeczach przyjemnych - powstało kino, kabarety, w sztuce pojawiła się secesja, która nie manifestowała żadnego konkretnego przekazu - po prostu miało być pięknie. I tak chyba najłatwiej określić tę epokę :)

Co się działo w modzie? Przede wszystkim, co dla mnie, amatorskiej badaczki tych wszystkich nurtów, jest przekleństwem, moda zaczęła nabierać tempa. Sylwetki zmieniały się w niespotykanym dotąd tempie, rękawy, kołnierzyki modyfikowały się, spódnice zwężały, wszystko latało tam i z powrotem, tak, iż wyjątkowo trudno określić, kiedy dany "trend" - bo tak chyba można określić zmieniające się jak w kalejdoskopie fasony - się kończył, a kiedy następny zaczynał.

Ja skupię się na modzie, która obowiązywała w roku symbolicznym, bo w 1900.


Jeśli ktoś widział "Piknik pod wiszącą skałą", to tak - akcja toczy się dokładnie w tym samym roku. Zresztą ten film to prawdziwa kopalnia modowych inspiracji (jak to zwykle bywa, gdy przychodzi do opowieści o przedwojennej szkole dla dziewcząt). 





Przejdźmy więc w końcu do głównych modowych założeń ostatniego roku dziewiętnastego wieku (tak, oficjalnie, acz dziwacznie, XX wiek rozpoczął się wraz z 1901 rokiem...):

1. Gołębia pierś (tłumaczone dosłownie z angielskiego :D )

Krótko mówiąc, na rycinach z tamtego okresu najbardziej rzuca się w oczy charakterystyczna, wypchnięta do przodu sylwetka - o której za chwilę - oraz właśnie biust, który zdaje się być ogromny, acz płaski, i umiejscowiony gdzieś w okolicach talii. To zasługa kroju bluzek, luźno zwisających właśnie w miejscu, gdzie włożone były do spódnicy. Multum falban i koronek dodatkowo wzmagało efekt. Nie bez znaczenia był też specjalny gorset, który nie opinał biustu, kończąc się gdzieś u jego podstawy.










2. Gorset "S" :)

Wspomniany wyżej gorset był wynalazkiem pani, która z wykształcenia była medykiem. "Health corset" - zdrowy gorset, jak został nazwany, miał za zadanie dać spokój wymęczonej talii. Niestety, równocześnie utrzymywał noszące je panie w tak nienaturalnej pozycji, że zamiast tego niszczyły sobie biedny kręgosłup :( Najbardziej zszokował mnie ten obrazek, na którym widać, jak groteskowo przedstawiały się tłumy przegiętych w przód kobiet:



Nie zmienia to faktu, że sylwetka S pozostaje jedną z najbardziej charakterystycznych w historii mody :) Nie wiedzieć czemu, sprawia też wrażenie, że kobieta jest dumna i pewna siebie - cechy pożądane dla uwielbianego wtedy typu edwardiańskiej femme fatale, czyli Gibson Girl.


3. Koszule + spódnice

Stopniowo sukienki zastępowane były, zwłaszcza w niższych warstwach społecznych, przez połączenie charakterystycznych koszuli i spódnic. Sukni używano wieczorem lub do wyjścia na miasto lub na spacer. 

Koszule miały bardzo wysokie, sięgające brody kołnierzyki, bufiaste rękawy zwężane w nadgarstku i dużo zaszewek, falbanek, koronek i innych zdobień. W przeciwieństwie do nich spódnice bywały raczej gładkie, czasem pokrywane dużymi, secesyjnymi zdobieniami.


Cóż, chyba tyle z głównych modowych "trendów" roku 1900 ;) Poniżej kilka ciekawych obrazków bielizny, które znalazłam w sieci. Zwróćcie uwagę na specjalne koszulki na gorset, które oprócz zakrycia gorsetu i ochrony wierzchniej warstwy zaczęły służyć do wypełnienia przodu! Zauroczyło mnie również określenie "For Ladies, Misses and Children" :)














A teraz na koniec pragnę wam zdradzić, że przed moje dogłębne przestudiowanie mody belle epoque mam teraz ochotę na outfit z tamtych czasów :) Zobaczymy co z tego będzie! Najgorsza część do zdecydowanie gorset - a raczej kombinowanie, co może z powodzeniem zastąpić gorset, żeby uzyskać pożądany, gołębi, esowaty efekt :)

poniedziałek, 25 marca 2013

reticule, czyli woreczek na serce :)

Miały być zdjęcia "na Jane Eyre"... Niestety, zaskoczył nas mróz i śnieg, więc sesja przeniesiona na późniejszy, nieokreślony, CIEPŁY termin. Może zresztą do tego czasu sukienka doczeka się peleryny i kapelusza.

Postanowiłam zamiast tego zabrać się w końcu za coś - najlepiej coś małego, ponieważ aktualnie biorę udział w bardzo rygorystycznym programie oszczędnościowym pod tytułem "Mamo, tato, kupcie mi nową lustrzankę! - Dobrze, ale uzbieraj połowę ceny". Zebrałam więc wszystkie fanty dostępne w domu i stwierdziłam, że właściwie jest ich wystarczająco dużo na skonstruowanie małej reticule - czyli regencyjnej torebeczki. 

Znalazłam darmowy wykrój jakiejś przemiłej pani, ale doszłam do wniosku, że moje mistrzowskie umiejętności krawieckie pozwolą mi na ogarnięcie tego samemu. I tak powstała moja reticule, kształtem przypominająca ludzkie serce - dlatego też została ochrzczona "torebeczką na serce" przez rozbawioną familię.

Torebka jest nieskończona - ozdobiłam na razie tylko jedną "ściankę", szwy czekają na obszycie pomarańczową muliną, mam też nadzieję zdobyć gdzieś podłużny frędzel i przytwierdzić go u dołu. Koralikowe wzory nie są zbyt wyrafinowane, ale chyba nigdy nie będę dobra w takich drobnych rzeczach ;)











Zastanawiacie się pewnie, dlaczego wybrałam taki dziwny kolor... Dlatego, że ten materiał akurat miałam pod ręką :D Ponadto pasuje do mojej "regencyjnej", pożal się Boże, sukienki, którą właśnie usiłuję poprawić, a którą możecie zobaczyć poniżej: 



Zdjęcie z Balu Szkockiego, na którym bawiłam się jakiś czas temu (styczeń?) Chwilowo sukienka przechodzi skomplikowany proces podwyższania talii...


wtorek, 19 marca 2013

dziewiętnastowieczni przystojniacy - odsłona druga!

Przepraszam, że zanudzam was tymi suchymi, zastępczymi postami, podczas gdy wy jesteście złaknieni szyciowo-kostiumowych nowości; na swoją obronę mam kilka argumentów, z których pierwszy jest taki, że odstępy między postami robią się cooraaaz dłuuższeee, i warto zapełnić lukę choćby taką gratką, jak poniżsi uroczy mężczyźni. Po drugie, jakikolwiek nowy projekt wymagałby ode mnie nakładu pieniędzy, których chwilowo nie posiadam!! :/ Mam więc nadzieję, że zadowoli was chociaż ta emocjonująca lista. Gwoli przypomnienia: z poprzedniej wytypowani zostali panowie pod pseudonimami "Portrait of Unknown Man", "Portrait of a Member of the Belveze-Foulon Family" oraz "Miniatura amerykańska". Od siebie chciałabym dodać jeszcze "Monsieur Gest".


A dzisiaj wpadam na chwilkę i wypadam z kolejną porcją wspaniałych portretów. Nie zapominajcie napisać w komentarzu, kto podbił wasze serca tym razem ;)



Portrait of a young man with glasses by Josef Abel, około 1814–18, prawdopodobnie wczesny portret Schuberta!



Anne-Louis Girodet de Roussy-Trioson, Portrait of a Young Man as a Hunter, XIX wiek


Franz Xavier Winterhalter, Portrait of a Young Architect 1830



Samuel Lovett Waldo, The Reverend John Brodhead Romeyn, 1820



Portrait of Count Honore de La Riboisiere by Antoine-Jean Gros, 1815



Baron Joseph-Pierre Vialetès de Mortarieu, 1805-1806 by Ingres 



Self portrait, Anzelm Feuerbach, 1873



Portrait of Frederic Villot, by Eugene Delacroix,  1832


czwartek, 14 marca 2013

dziewiętnastowieczni przystojniacy :)

Przyznaję ze skruchą, że jeszcze nie zabrałam się za żaden nowy projekt. Tymczasem zaprezentuję wam coś, co skompletowałam już jakiś czas temu. Niestety już po Walentynkach, a szkoda, bo ten temat idealnie by się nadał.

Przed wami dziewiętnastowieczni przystojniacy! Do historii sztuki nigdy nie było mi daleko. Już dawno temu zauważyłam, że właściwie ci mężczyźni na portretach są - nawet z dzisiejszego punktu widzenia i ideału męskiej urody - całkiem, całkiem!

Zainteresowałam się tym bardziej i oto, ku waszej uciesze, kompilacja dawno zmarłych, acz wciąż powodujących mocniejsze bicie serca XIX-wiecznych modelów:




Anne-Louis Girodet de Roussy-Trioson, Portrait of a Man, ok. 1810



Portrait of Jules Valles - XIX wiek (nie jestem pewna, czy ten jest tak bardzo młody, 
czy to po prostu kwestia jego twarzy ;) )

M. B. Russell XIX-wieczna miniatura amerykańska (wiem, jakość nie bije na kolana)


Louis-Andre-Gabriel Bouchet, Portrait of Lancelot Theodore Turpin de Crisse, XIX wiek


Jean-Auguste-Dominique Ingres, Portrait of a Member of the Belveze-Foulon Family, XIX wiek

Karl Pavlovich Bryullov, Portrait of the Writer A. N. Strugovshchikov


Portrait of unknown man, XIX wiek


Alexandre-Jean Dubois-Drahonet, Portrait of Monsieur Gest, 1819


Anonymous Portrait of a Man, wczesny XIX wiek - moim zdaniem sobowtór Edwarda Nortona!!


Jeśli nie macie nic do roboty, proponuję, abyście wpisywały/li(???) swoich faworytów w komentarzach, zobaczymy kto zwycięży ;) I nie martwcie się, czeka również część druga. Moimi ulubieńcami są dwaj panowie: Lancelot Theodore Turpin de Crisse oraz Monsieur Gest. Ciekawa jestem waszych zdań na ten temat :D

piątek, 8 marca 2013

książkowa lista

Niestety nie mam ostatnio zbytniej weny na szycie. Po pierwsze dlatego, że nie chce mi się wydawać kolejnej fortuny na nowe materiały, po drugie dlatego, że nie mogę zdecydować się, co właściwie zrobić; po trzecie dlatego, że czuję gdzieś pod skórą nadchodzący gwałtowny przypływ wiosennych inspiracji, na który zdecydowałam się wspaniałomyślnie poczekać.

A cóż można robić podczas takiego oczekiwania? Cóż, powiedzmy sobie szczerze, na pewno nie będę się uczyć :D Pierwsza sesja daleko za mną, druga na razie też w bezpiecznej odległości.

Zabawiam się w gruncie rzeczy dość dziewiętnastowiecznie: pisaniem i czytaniem tego, co już zostało napisane. W skrócie, zaprezentuję wam teraz niedługą listę moich książkowych pozycji numer jeden. Nie będzie tu żadnej klasyki, bo o tym chciałabym zrobić osobny post ;) Ale chyba żadna z niżej wymienionych (CÓŻ ZA NIESPODZIANKA) nie toczy się w czasach współczesnych. Do rankingu nie zaliczyłam też Harry'ego Pottera ani kilku innych oczywistych książek, które bezgranicznie uwielbiam, ale o których chyba nie muszę pisać specjalnych notek.


"Utracona sztuka dochowywania tajemnic", Eva Rice




Jest nie tylko moim numerem jeden, ale i NAJWIĘKSZĄ WPADKĄ WYDAWNICZĄ OSTATNIEJ DEKADY. Chodzi konkretnie o polską okładkę, która bardzo skutecznie odstrasza co inteligentniejszych czytelników i do dziś dziękuję Opatrzności, że jakimś cudem pokusiłam się o przeczytanie opisu z tyłu (jeśli chcecie zobaczyć tą szkaradę, klik)

Książka toczy się w latach 50-tych i, nie wiedzieć czemu, wyzwala we mnie wachlarz emocji. Jest po prostu bezgranicznie piękna - to chyba najlepsze słowo, żeby ją dobrze określić. 



"Dom w Riverton", Kate Morton




Oglądaliście Downton Abbey? Jeśli tak, na pewno spodoba wam się sama otoczka historii. Narratorką jest stareńka Grace, która wspomina początek XIX wieku i swoją karierę służącej w wielkim domostwie. Podobnie jak w Downton, jednym z głównych motywów są stosunki między rodziną a służbą, między samą służbą, a także tajemnica, którą stopniowo wraz z Grace odkrywamy, odkopując kolejne fragmenty historii sprzed lat. 

Książka równocześnie niesamowicie wciąga, a zarazem jest emocjonalnie dość ciężka. Może dlatego, choć kupiłam niedawno kolejną pozycję tej autorki, wciąż zwlekam z przeczytaniem pierwszej strony. Jest to ten rodzaj przyjemności z czytania, który obarczony jest bólem serca, ponieważ do tego stopnia utożsamiamy się z bohaterami.



"Saszeńka", Simon Sebag Montefiore




I znów powieść, której akcja obejmuje dość spory przedział czasowy. Tu również nie będzie lekko i przyjemnie, całość toczy się bowiem w pogrążonej w rewolucyjnym szale Rosji. To pierwsza powieść fabularna autora, który z wykształcenia jest świetnym historykiem - może dlatego udało mu się stworzyć niemal namacalne przedstawienie tamtejszej sytuacji. To tak, jakby sfabularyzować (nie wiem, czy istnieje takie słowo :D ) książkę historyczną o początkach komunistycznej Rosji. Razem z Saszeńką przeżywamy jej fascynację socjalizmem, rewolucję październikową, złote czasy Lenina i Stalina. 

Książka niestety jest na tyle prawdziwa, że dość brutalna. Szokujące są zwłaszcza sceny w więzieniach czy na przesłuchaniach. 



To trzy książki, które przychodzą mi do głowy na hasło "moje ulubione". Prawdopodobnie jest jeszcze mnóstwo innych, które bezczelnie pominęłam, a które czytałam jakiś czas temu i dlatego nie przypomniałam sobie o nich. 

Tymczasem cierpliwości, już niedługo wezmę się do pracy :) Czy raczej rozrywki, bo pracą to chyba nie jest ;)

poniedziałek, 4 marca 2013

ubieramy się po wiktoriańsku! krok po kroku

Właściwie nie pokazałam wam jeszcze, co wchodzi w skład mojej sukni. Chyba najwyższa pora to zrobić ;)

Dzisiaj przedrzemy się przez kolejne warstwy garderoby Jane Eyre - czyli tej bardzowczesnowiktoriańskiej (albo nawet nieco przed-wiktoriańskiej; ja jednak wzorowałam się na filmie, w którym inspirowano się głównie początkiem lat 1840 - królowa Wiktoria zasiadła na tronie w 1837.)

Musimy pamiętać, że Jane była przedstawicielką raczej tej niższej klasy, arystokracja ubierała się nieco inaczej, choć i tak różnica nie była aż tak drastyczna, jak np. w rokoko. 

Na początek trochę o nieprawidłowościach, na jakie sobie pozwoliłam. Przede wszystkim gorset, coś pomiędzy long stays a short stays (może half stays? haha). W końcówce lat 30-tych i początku 40-tych XIX wieku stays zaczynały zanikać na rzecz sztywniejszych gorsetów bez ramiączek. Nie mówiąc już o tym, że moje stays są nieprawidłowe nawet jak na okres, z którego rzekomo się wywodzą - długość, ilość klinów w biuście (jeden to zdecydowanie za mało), sztywność, a raczej jej brak.

Moja halko-koszula jest również dość naciągana, powinna posiadać przynajmniej krótkie rękawki. 

Co do bum pad, czyli poduszki zwiększającej objętość sukni tuż pod talią i na pośladkach, to wyszedł mi bardziej bum roll - czyli część ubioru używana raczej w późnym rokoko.

Halka również daleka jest od ideału. Pomijając już sam fakt, że oryginalna była często usztywniana... końskim włosiem, to przed wynalezieniem krynoliny było ich pod suknią całe mnóstwo. Pozwoliłam sobie obejść tę komplikację jedną, sztywną halką obszytą u dołu tiulem - sprawdza się całkiem nieźle. 

No to czas na ubieranie! Na początek obejrzymy wszystkie wymienione wyżej części ubioru:


Halka, czy też koszula na sam spód. Właściwie była szyta na użytek mojej regencyjnej sukienki,
ale niewiele różni się od halki wiktoriańskiej. W przyszłości może doczeka się rękawów i
zdobień w postaci falbanek i haftu.


Nieszczęsne stays, wymiętolone nieprawdopodobnie. Do poprawki.

Jeżeli zadawaliście sobie pytanie, co u licha przydarzyło się tej nieszczęsnej tapecie,
macie odpowiedź - Filemon ją po prostu uwielbia. Nie mniejszą miłością zapałał
zresztą do niewinnej poduszki...




Dobrze, skoro już mamy wszystkie potrzebne elementy, czas na ubieranie!

Na początek halka-koszula i gorset.
(nie zwracajcie uwagi na zaciśnięte piąstki, bezradne nóżki, ani na dziwny kabel-rurę za nimi)
Czas na poduszeczkę. Najlepiej umieścić ją pod halkami, żeby jej kształt nie przebijał przez suknię.

Następnie halka wierzchnia - jak widzicie jest na tyle sztywna, że od razu dodaje
objętości, zwłaszcza z poduszeczką pod spodem.
Dodajemy fałszywe rękawki. Prawdziwe były nieco dłuższe i bardziej
skomplikowanie przypinane do sukni. (wiem, gorset zawiązany z przodu, wybaczcie faux pas)

Suknia na wierzch... I gotowe!

Na sam koniec zdjęcie, które nie wiedzieć czemu bardzo mi się podoba ;)

I już! :) Jeszcze na koniec co do samej czynności ubierania się, która trwa dość długo - problemem nie jest nawet czas zakładania ubrań, ale fakt, że żadnego nie da się pominąć. Przymierzając suknię jeszcze w trakcie szycia odczułam to dość dotkliwie - żeby sprawdzić pospiesznie, jak wygląda całość, po czym wrócić do szycia, musiałam założyć gorset, bo inaczej suknia nie dopięłaby się w talii; a jeśli gorset, to koniecznie koszula pod spód, żeby zapobiec otarciom. Aby sprawdzić, jak pod suknią prezentuje się bum pad, konieczne było założenie również halki, itd, itd. Więc wydaje mi się, że problem był tu raczej z ilością, niż ze stopniem skomplikowania poszczególnych elementów garderoby :)

Do zobaczenia!