poniedziałek, 3 listopada 2014

haworth

Pisanie o podróży marzeń tyle mi zajęło, bo zupełnie nie miałam pomysłu, jak się za to zabrać. Ilość pięknych zdjęć i nagrań kompletnie mnie przerosła i mimo rozmaitych prób uporządkowania myśli i wrażeń w spójne fragmenty, wszystko wydawało się raczej beznadziejnym sposobem na zrelacjonowanie tych kilku październikowych dni. 

Postanowiłam więc zacząć od tego, co było faktycznym celem mojej wycieczki i tak naprawdę spowodowało, że się na nią zdecydowałam - wizyty w Haworth. 

Już w wakacje poważnie rozważałam zaoszczędzenie na tego typu podróż, problemem jednak był fakt, że zupełnie nie miałam pojęcia, kto chciałby pojechać ze mną. Samotna wyprawa na wrzosowiska owszem, brzmiała dość romantycznie i całkiem atrakcyjnie, ale godziny spędzone w pojedynkę na lokalnych dworcach już nie bardzo. Dlatego niezwykle ucieszyłam się, kiedy udało się wyjazd zorganizować w trójkę, z Olgą i Porcelaną.


As I've mentioned in the previous post, I recently went on a trip to see Haworth and Chatsworth. I was really glad when Olga suggested this - I was actually thinking about a trip like this for a long time, but had no idea who would like to join me. Going alone might sound romantic and adventurous, but not when you have to spend half a night on a railway station in the middle of nowhere.


Ale skupmy się na Haworth. Byłam pełna wątpliwości. Miasteczko, w którym życie spędziły siostry Bronte wyobrażałam sobie tak często, że już sama nie wiedziałam, czego tak naprawdę oczekuję; tym łatwiej więc było mnie rozczarować. Bałam się, że Haworth okaże się zatłoczoną mekką turystów i cała wiktoriańska atmosfera zniknie gdzieś pod stertą kubków, ciasteczek i fartuszków z twarzami sióstr. Że widoki, które tak zachwycają w adaptacjach powieści, to podkoloryzowane wizje filmowców. Że plebania na odludziu zamieniła się w kulturalne i komercyjne centrum miasta. 

Kiedy wysiadałyśmy z autobusu po wcześniejszej parogodzinnej podróży pociągiem (to skomplikowane), na widok pierwszych charakterystycznych nazw nie mogłam powstrzymać ekscytacji. Bronte Hotel, Eyre Cottage czy Heathcliff Estates pojawiały się coraz częściej, w miarę jak zbliżałyśmy się do parafii. W samej wiosce, która połączona jest na obrzeżach Keighley i właściwie stanowi jego część, było - ku mojej uciesze - raczej pusto. Większość sklepów z pamiątkami była pozamykana, a jedyni napotkani przez nas ludzie wyglądali na tubylców, pracujących nad niezwykłymi halloweenowymi ozdobami. Później drogę do plebanii wskazywały nam (nieświadomie) coraz częstsze grupki japońskich turystów, których jednak było na tyle mało, że surowy i cichy klimat miasteczka nie ulatniał się wraz z odgłosem masowo robionych zdjęć.

There are so many good pictures I truly have no idea how to deal with them, so I'll focus on Haworth first, since visiting Bronte's parsonage was my main goal through out the trip. I was actually quite anxious whether Haworth would turn out the way I imagined - I was afraid it became a tourist mecca and that the whole athmosphere is ruined by hundreds of souvenir hunters and foreign visitors.

Luckily, it's not. We visited Haworth in the middle of the week, when most of the shops was closed, and the only people we stumbled upon where either the villagers or small groups of Japanese tourists. The village's athmosphere is still as Victorian and peaceful as I imagined.






Zwiedzanie w mniejszej grupie ma to do siebie, że można delektować się wszystkim, co nas interesuje, a nie pędzić od jednego miejsca do drugiego, bo autobus czeka i spóźnimy się na obiadokolację. I tak do plebanii doszłyśmy powoli, najpierw zatrzymując się przy starym kościele, zaś dopiero potem, niespiesznym krokiem zbliżając się do muzeum. Było bardzo zimno - podczas przerwy na kanapki (Olga wtedy ze stoickim spokojem zszywała kawałki niedokończonej sukienki) skostniały mi palce i zaczęło trochę kropić.

Jednak naszym największym problemem pozostały nasze bagaże i kwestia przebrania się w stroje. Muzeum jest dość małe i przez to nie posiada szatni, a toalety w których przyszło nam się przebierać były ciasne i często nawiedzane przez szkolne wycieczki (których dziwnym trafem nie było widać ani w muzeum, ani w miasteczku, za to wszystkim dzieciakom z okolicy nagle zachciało się siku).

Na przebieranie zeszło nam bardzo dużo czasu - stanowczo za dużo! Jako naczelna poganiaczka wyjazdu (serio, to cud, że dziewczyny mnie jeszcze nie nienawidzą za te wszystkie "EJ! Ale pospieszcie się, ok? Bo za godzinę będzie ciemno") nie omieszkałam zauważyć, że jeśli chcemy jeszcze pójść na wrzosowiska, powinnyśmy się sprężyć.


Small group sightseeing is really comfortable, because you can stop wherever and whenever you want to. Instead of rushing into the parsonage, we took some time to properly see the church and the nearby buildings. After a short lunch break we spent a looot of time getting dressed in our 1840's outfits. I mean, seriously, we occupied the loo for like 1,5 h.






Jak obsługa muzeum zareagowała na duchy sióstr Bronte, które zamiast poprosić o bilety, oznajmiły, że przybyły sprawdzić stan swojego domostwa? O wiele bardziej żywiołowo, niż się spodziewałyśmy; nie minęło wiele czasu, a cały personel był poinformowany o naszej obecności i nie omieszkał pochwalić się naszą wizytą na oficjalnym Facebooku. Odbyłyśmy też dłuższą pogawędkę z bardziej zainteresowaną panią muzealniczką, która zrobiła nam też kilka zdjęć, dzięki czemu nie musiałam wyciągać statywu. Niestety w samym muzeum obowiązywał zakaz fotografowania, co uniemożliwiło nam uwiecznienie saloniku, słynnego portretu autorstwa Branwella z jego wymazaną sylwetką, sukni i bonnetu Charlotte czy urokliwej kuchni. Gdybym miała zrobić porównanie expectations-reality, to przyznam, że sama plebania zawsze wyobrażała mi się nieco większa i nie sąsiadująca aż tak blisko z ponurym, ciemnym cmentarzem. To jej położenie pomagało jednak wyobrazić sobie, w jakich warunkach siostry tworzyły swoje powieści, a zobaczenie wnętrz, w których żyły, mebli i przedmiotów, których używały, spowodowało, że z mglistych wyobrażeń stały się bardziej ludzkimi i pełnokrwistymi postaciami.

We introduced ourselves as the Bronte sisters wanting to check the parsonage's condition. The staff reacted differently than we expected - instead of faking smiling and trying to get rid of us they were really enthusiastic and even posted a picture of us on the museum's Facebook profile. We also had a small chat with some of the staff and a very nice lady took some pictures for us we were unable to take ourselves. So nice, yay! As to the museum itself, I used to think the parsonage was bigger and not this close to the extra-gloomy cemetery (no wonder their stories were so spooky). Still, seeing Bronte sisters' furniture and the things they used everyday was an awesome experience and made me realise they were actually real people.












W trakcie zwiedzania plebanii na zewnątrz świeciło słońce, co trochę zbiło mnie z tropu, bo wolałam, żeby pogoda była bardziej chmurna - skoro ten jeden raz wybrałam się do mojego wymarzonego miejsca, oczekiwałam, żeby pogoda również była idealnie taka, jak chciałam. I była! Kiedy tylko opuściłyśmy cmentarz i wybrałyśmy się na pobliskie wrzosowiska, zerwał się nieziemski wiatr i niebo zachmurzyło się. 


I was a bit unhappy about the sun - I really was! But as soon as we started walking towards the moors, the clouds got darker and the coolest (and I don't mean the temperature!) wind started blowing and the weather got so perfectly Bronte-ish, just the way I imagined.








I naprawdę trudno opisać, co działo się dalej, bo drżące, zrudziałe wrzosy, zmurszały kamień przydrożnych murków, bezlistne drzewa, zarośnięte skały, bagniste jeziorka i właśnie ten wiatr spowodowały, że mimo iż trzymałam w dłoni aparat i rozmawiałam normalnie z dziewczynami, sercem przeniosłam się prosto do lat 1840. 

And what happened next? Believe it or not, it's hard to describe; let's just say that the wind, the moors, the heathers, the stones, the leafless trees - it all made me feel just as if I used a time machine and made it right into 1840's. 


















A na koniec, kiedy powędrowałam drogą za zakręt i zobaczyłam wrzosowiska po horyzont, a za nimi kolejne takie wzgórze, i jeszcze kolejne, już nie mogłam się powstrzymać i mimo, że miałyśmy za niedługo wracać, puściłam się biegiem przez szumiące krzaki, aż całkiem straciłam siły. Właśnie tego mi było trzeba!

And in the end, when I saw the endless moors, I just couldn't resist to run until I lost my breath - it was such and amazing experience!




34 komentarze:

  1. Piękna wycieczka w przeszłość. Jesteście niesamowite w tym co robicie. :) Piękna pasja. Bardz mi miło, że miałam okazję Was poznać. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodam jeszcze: Karolina wyglądasz zjawiskowo na wrzosowisku. Wszystkie macie piękne ujęcia.

      Usuń
    2. Dziękujemy! :) A i tak musiałam wybrać tylko najlepsze zdjecia...

      Usuń
  2. Nie sądziłam, że będę Wam, aż tak zazdrościć! Twoja relacja wzbudziła we mnie prawdziwą Brontomanię! :D Wyglądacie przecudownie na tych zdjęciach! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja miałam solidną Brontomanię już jakiś miesiąc przed wyjazdem, a teraz jest tylko gorzej ;_;

      Usuń
  3. Piękne zdjęcia. Szczególnie to ostatnie.
    Ale Wam zazdroszczę tej wyprawy. Co tam niewygody w podróży, skoro mogłyście być TAM i osobiście wszystko zobaczyć i przenieść się na chwilę w czasie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdjęcie Porcelany z rozpuszczonymi włosami i rozwianą suknia <333
    Tak Wam zazdroszczę tej podróży, zwłaszcza, że tak pięknie to opisałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym razem trudno byłoby wtrącać ironiczne półsłówka, bo wszystko było zbyt romantyczne :3 dlatego opis jest wyjątkowo poważny.

      Usuń
  5. zazdrość level nieziemski <3 teraz też chcę tam pojechać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedź koniecznie, jak zdążę do tego czasu uzbierać, to chętnie wybiorę się z tobą drugi raz :3

      Usuń
  6. Dziewczyny, nie wiem co powiedzieć... :)
    Piękne zdjęcia i z pewnością masa cudownych wspomnień.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dwa zdjęcia - ostatnie ("wygryzłaś" z mojej tapety Evę Green, gratuluję :P) i Porcelana z rozpuszczonymi włosami - są magiczne. Poza tym zazdro tysiąc, ale to już wiecie :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale byłam ciekawa Twojej relacji! Zawsze lubię konfrontować spojrzenia różnych osób na te same zdarzenia. Czekam teraz, jak tę podróż opisze Olga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też zawsze to ciekawi, a tym razem szczególnie, bo spędziłyśmy ze sobą dużo czasu i praktycznie cały czas byłyśmy razem - na zlotach jest troche inaczej ;)

      Usuń
  9. Zazdroszczę! ;)
    Niesamowite są te fotografie, bardzo klimatyczne. <3
    I nie dziwię się Twojemu szalonemu biegowi przez wrzosowiska- sama z pewnością zrobiłabym to samo. :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Świetne zdjęcia i niesamowity klimat :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Niesamowita taka wycieczka! Świetnie ją opisałaś. Zdjęcia - boskie, a sukienki macie rewelacyjne. Oj, wszystko mega!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinnam pewnie kurtuazyjnie zaprzeczyć, ale tego nie zrobię - było mega! :D

      Usuń
  12. Zdjęcia na dróżce z murem w tle urzekły mnie najbardziej, ale pozostałe są nie mniej klimatyczne :) Niesamowite, że udało się Wam odbyć taką zacną podróż - tylko pozazdrościć :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było zacnie indeed :D Teraz żal mi wydawać pieniądze na bzdury, bo "kilka takich zakupów i mialabyś na bilet lotniczy do Anglii!" :P

      Usuń
  13. Wspaniałe zdjęcia! Miejsce czarujące, w pierwszych chwilach jakbym znowu oglądała "Victorian Farm", a te z Wami jak jakieś kadry z filmu.
    Zazdroszczę, ale to można się domyślać :p

    Muszę kiedyś wybrać się z Wami na spotkanie kostiumowe! :)

    ps. jest jakaś kostiumomaniaczka z Warszawy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapraszamy! ;) W Warszawie na pewno falbaniastemarzenia.blogspot.com, kajani-blog.blogspot.com, ale myślę, że jest ich o wiele więcej ;)

      Usuń
  14. Ponury klimat tego miasteczka udziela się ze zdjęć! To naprawdę wspaniale, że udało Ci się spełnić jedno z wielkich marzeń! Piękną masz tę czarną suknię, a zdjęcie Porcelanki z rozpuszczonymi włosami to po prostu mistrzostwo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tam naprawdę było ponuro, nic dziwnego, że powieści Bronte są takie a nie inne - było tam czuć mroczną atmosferę, która inspirowała te wszystkie historie!

      Usuń
  15. jestem pod wrażeniem tego pięknego miejsca i stylizacji! Dawno czegoś takiego nie widziałam!

    http://classylicious.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  16. I was looking at your pictures and I was thinking "these look like they could be right out of a Bronte novel/movie then I went back and read all that you wrote...What an utterly fantastic thing to be able to be where the sisters lived! I am so jealous!! Seriously what an epic adventure! Is your dress a mourning dress? I LOVE the picture of you in the graveyard!! I ADORE Victorian mourning and cemeteries and graveyards...I have some black wool that I have been trying to decide between an Edwardian or 1840s mourning dress and you have inspired me to make the 1840s...yoru dress is fabulous!! What wonderful pictures and I could totally "feel" the feeling of the moors with the heather and rocks and gloom! So very well done!
    Blessings!
    Gina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. That was totally the trip of my dreams! Everything was perfect! Especially we got to see the 2005 P&P "Pemberly" as well.

      Usuń
  17. Śliczne zdjęcia i fajnie sie czyta!

    OdpowiedzUsuń
  18. Aj! Zazdroszczę setnie takiej wycieczki, szczególnie, że to, co mogłam przeczytać z książek sióstr Bronte przeczytałam kilka razy :D I oczywiście "Na plebanii w Haworth" :D wyglądacie bardzo "epokowo" (w dobrym tego słowa znaczeniu :D ) bajeczne zdjęcia

    OdpowiedzUsuń