wtorek, 30 lipca 2013

zlot krynoliny - dzień drugi i przemyślenia

 Czas na drugą część relacji. Pewnie czytaliście już na innych blogach, że w niedzielę wybrałyśmy się do Ogrodu Botanicznego. Wcześniej jednak zdarzyło się coś o wiele bardziej dziwnego i surrealistycznego. 

Kiedy pędziłyśmy spóźnione (przez nadgorliwego pasażera tramwaju, który za nic nie chciał nas puścić) na spotkanie z resztą uczestniczek zlotu, musiałyśmy przedrzeć się przez liczną hiszpańskojęzyczną wycieczkę. Z początku udało nam się przemknąć prawie niezauważenie, ale krótkie pytanie rzucone przez przewodniczkę wystarczyło, żeby w ruch poszedł jeden aparat. A skoro jeden uczestnik wycieczki robił zdjęcia, reszta nie mogła przepuścić takiej okazji - w efekcie niczym państwo Jolie i Pitt stałyśmy przez dobre kilka minut w poprzek Siennej. 50 obiektywów skierowanych w twoją stronę może przyprawić o zawrót głowy, zwłaszcza, gdy starasz się wypaść dobrze w każdym z nich. 

Skończyłam z głupawym bananem na twarzy i na zmianę rozmyślałam o absurdalności tej sytuacji (zwłaszcza, że byłyśmy dosłownie kilka kroków od miejsca spotkania) i o tym, że gwiazdy muszą chyba wszędzie wychodzić z półgodzinnym zapasem, na wypadek, gdyby wpadły na grupę psychofanów. Poza tym, choć w pierwszy dzień pytania typu "Panie z teatru? A tu co się dzieje?" ekscytowały mnie i bawiły, w niedzielę czułam się strasznie zmęczona i zauważyłam, że na dłuższą metę nadmierne zainteresowanie ludzi może nawet przeszkadzać w dobrej zabawie. Dla przykładu - jadąc na spotkanie i wracając z niego tramwajem nie udało nam się zamienić ze sobą ani jednego słowa, bo musiałyśmy uprzejmie wysłuchiwać - uroczych poniekąd - uwag starszych ludzi. I chociaż zwykle chętnie wdaję się w konwersację z inteligentnie wyglądającymi starszymi paniami, tym razem po prostu zabrakło sił, żeby odpowiadać na ich wynurzenia.

W drodze do ogrodu. O sukniach za chwilę :)
Wracając do "sprawozdania"! Śmiem twierdzić, że drugiego dnia zlotu było - tak, też uważałam, że to niemożliwe - jeszcze bardziej gorąco, niż pierwszego. Pół dnia spędziłyśmy więc w Ogrodzie Botanicznym, gdzie znalazłyśmy się w niezbyt szczęśliwym położeniu (nie było gdzie grupowo przysiąść), nie przeszkodziło nam to jednak w ożywionych dyskusjach na temat rękawów, szwów, podszewek i fiszbin. Ogólnie zauważyłam, że drugiego dnia mówiło się więcej o szyciu i konstrukcji, podczas gdy pierwszego w rozmowach skupiałyśmy się na historii ubioru i naszych ulubionych nurtach i epokach.



Wszyscy uczestnicy pikniku :) Zabrakło tylko Dorfi i Fanturii (ktoś tu jest śpiochem! ;)), które dołączyły do nas po wyjściu z ogrodu. Od lewej (dół) - Porcelana, Nelly, Fobmroweczka, ja. Od lewej (góra) - Agata, Daisy, Ada, Ania

Przedstawicielki regencji...

I wiek dwudziesty. Nelly i jej siostra Agata zachwyciły nas swoimi późno-edwardiańskimi kreacjami i potwierdziły moją hipotezę - ogromne kapelusze są niezwykle kobiece! Moja siostra z kolei jako jedyna miała na sobie sukienkę-autentyk, nie rekonstrukcję. Rodzinne legendy datują ją na przełom lat 40. i 50.

Fun fact - palmiarnia w ogrodzie jest zazwyczaj specjalnie podgrzewana, by zachować tropikalne warunki; tymczasem sporą część czasu "chłodziłyśmy" się właśnie tam. To chyba dobrze pokazuje, jaka panowała w niedzielę duchota.

Potem udałyśmy się zwiedzić Dom Mehoffera. Nie ukrywam, że ta podróż wszystkim dała się we znaki. Tutaj ponarzekam znowu, tym razem na MPK - dziwnym trafem klimatyzowany ponoć tramwaj był tak nagrzany, że kiedy wypadłyśmy z powrotem na pełne słońce, odczułyśmy przyjemną różnicę. (Dzisiaj z kolei, kiedy temperatura znacząco spadła i nieodzowny stał się sweter i długie spodnie, w 50-tce klima chodziła na pełnych obrotach. MPK - shame on you.).

Poza tymi drobnymi niedogodnościami bawiłyśmy się i tak świetnie, zwłaszcza, że w Domu Mehoffera utrzymano idealną temperaturę. To jedno z moich ulubionych krakowskich muzeów, czy raczej oddziałów Muzeum Narodowego - dzięki małej ilości zwiedzających można faktycznie poczuć klimat tego miejsca, zarówno jako domu artysty, jak i typowej XIX/XX-wiecznej rezydencji. 



Cały dom obfituje w ulubione przeze mnie wczesno-XX-wieczne akcenciki :)





Troszkę reklamy nie zaszkodzi! :D


Ogród i przemiła kawiarnia doskonale uzupełniają całość, więc nic dziwnego, że przesiedziałyśmy tam do końca zlotu. Chłodny cień i cieszące oko kwiaty oraz dwa dzbanki zimnej lemoniady również nie należą do nieprzyjemnych rzeczy.



Po rozejściu się zlot oficjalnie się zakończył, chociaż z Porcelaną i Fobmroweczką pożegnałyśmy się dopiero późnym wieczorem - wcześniej spędziłyśmy czas na robieniu fryzur, zapiekance makaronowej i prototypie edwardiańskiej sukni, który naprędce wykonała Fobmroweczka  :D

Krótko mówiąc - niedziela minęła znacznie spokojniej niż pierwszy dzień zjazdu, co nie znaczy, że nie obfitowała w przyjemne i zaskakujące nieraz wrażenia.

Teraz podsumowanie zjazdu okiem organizatora ;) Szczerze mówiąc, gdyby rok temu ktoś zapytał mnie, czy podjęłabym się czegoś takiego, chyba zaczęłabym się śmiać. Jestem najbardziej niezorganizowaną i roztrzepaną osobą pod słońcem, odbieranie telefonu zdarza mi się sporadycznie, samo określenie "załatwianie czegoś" powoduje u mnie atak paniki. A jednak już nie raz przekonałam się, że gdy przychodzi do moich pasji, angażuję się stuprocentowo. Czy to jakiś ciekawy projekt filmowy, udział w konkursie, nawet głupie szycie - kiedy już się nakręcę, przez kilka-kilkanaście dni jestem w stanie żyć na naprawdę wysokich obrotach. Zwłaszcza, gdy mam do pomocy równie zaangażowaną osobę i szereg entuzjastycznych uczestników ;) I chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że każde kolejne spotkania będą wymagały coraz większych nakładów pracy, jestem gotowa podjąć wyzwanie. 

Choćby po to, żeby tak jak w niedzielę wieczorem wrócić do domu zmęczona i mokra, odetchnąć z ulgą, że wszystko poszło zgodnie z planem, i jednocześnie czuć w sobie nieskończone złoża energii i inspiracji do dalszego działania! :)

P.S. Oczekujcie filmowego bonusu już wkrótce.

16 komentarzy:

  1. Postarałaś się!:) I z pewnością nie jesteś roztrzepana i niezorganizowana skoro udało Ci się ogarnąć cały zjazd. Wspaniale opisujecie wrażenia ze zlotu;) Aż nie wiem, na którym blogu mam wyrazić większy zachwyt nad zdjęciami:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na razie wychodzi na to, że na większości zdjęcia są te same :D

      Usuń
  2. Nie pozostaje nic innego jak pogratulować Wam wszystkim udanego zjazdu, naprawdę ciesze się, że wszystko poszło zgodnie z planem. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tym razem deszcz zdecydowanie nie popsuł nam zabawy :D

      Usuń
  3. Gratuluję i odwagi i efektu - to jest dokładnie ten moment w którym człowiek zaczyna wybitnie żałować że go tam nie było:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że też moment, w którym zdecydowałaś się na następny zjazd! ;)

      Usuń
  4. Eleonoro, ubóstwiam Twój bonnet! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taak? A ja im więcej go noszę, tym bardziej czuję się jak Gąska Balbinka :/

      Usuń
    2. Chyba żartujesz! To jeden z najlepszych, jakie w życiu widziałam! :)

      Usuń
  5. Dom Mehoffera i kawiarnię wspominam bardzo miło :) Ale Hiszpanie byli straszni :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, mam ochotę wpaść tam znowu na lemoniadę i brownie ;D

      Usuń
  6. świetny post, bardzo mi się tu podoba :)
    zapraszam : http://dreamaboutvogue.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Powtórzę to co napisałam u Fobmróweczki, Matki Założycielki mogą być z siebie dumne.
    A Kraków miał przez moment, jeszcze jedną atrakcję turystyczną... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cały weekend turystów zabawiałyśmy :D Następnym razem umówimy się na procent z przychodów miasta! :P

      Usuń
  8. Fajna sprawa taki zlot,ja lubię lata 30-40...jak nosiły się panie w "Czasie honoru'...bajka :)

    OdpowiedzUsuń