poniedziałek, 22 września 2014

impresje po-zlotowe - weekend w 1824 roku / 1820's RHP-like event impressions

Dzisiejsza relacja ograniczy się do samego przebiegu zlotu, natomiast zdjęcia sukni i tutoriale będą się pojawiały osobno :) Daruję sobie świetne poniekąd zabiegi historyczne, do jakich uciekają się inne blogerki, ponieważ post wyszedłby naprawdę stanowczo za długi (sam opis przyjazdu na miejsce zajął mi w historycznym pamiętniku dwie strony).


This post is a short summary of our 1820's weekend. I'll show you my outfits later, let's concentrate on the event itself! :)


Miało być historycznie i dystyngowanie, jak w "Dumie i uprzedzeniu". Posługując się historycznym językiem i fikcyjnymi osobowościami, miałyśmy próbować przenieść się w czasie. Jeśli nie pamiętacie wzmianek na blogu o tym wydarzeniu, od dłuższego czasu przygotowywałyśmy weekend historyczno-regencyjny, luźno inspirowany brytyjskim programem "Regency House Party".



We planned the event long time ago. You might have noticed I've been mentioning a "Regency House Party-like event" for the last few months - so yeah, that's the event I'm talking about! We organized a truly unforgettable time-travel experience and spent three days wearing Regency clothes, using Regency language (well, at least trying to) and having fun playing genuine Regency games! We even had our own Regency identities.



Zamiast kadrów i dialogów z ekranizacji Jane Austen wyszedł nam zwariowany Austenland, gdzie upragniona przez nas historyczność na każdym kroku mieszała się w jakiś sposób ze współczesnością. I wiecie co? Było cudownie.


And you know what's funny? The RHP idea actually failed. We didn't stick to our fake identities, but we did use modern language, take pictures between the historical games and did lots of fun things that would at the time have been considered insane. Still, we had so much fun I'm not even sorry!


Ponieważ ciężko po takim wyjeździe streścić, co się działo, postanowiłam po prostu wyszczególnić 12 najpiękniejszych momentów.


I've been wondering what this post should look like, but it's really hard to describe such a long and intensive weekend and not have a mile long post as a result, so I'll just choose 12 most beautiful moments.


1. Rysowanie na wzgórzu.
Po szaleństwach dnia poprzedniego, kiedy przerażona nieobecnością wszystkich uczestniczek latałam po gospodarstwie z telefonem komórkowym w ręce i duszą na ramieniu, spacer na wzgórze okazał się prawdziwym ukojeniem dla moich nerwów. Widok, jaki roztaczał się z zielonych łąk (miałyśmy je zresztą tylko dla siebie), przywodził na myśl trasy spacerowe Lizzie Bennet albo Box Hill, na którym piknikowała Emma. Poza tym na miejscu okazało się, że niemal każda z nas przejawia jakieś talenty plastyczne, więc oglądanie rożnych interpretacji tego krajobrazu było prawdziwą przyjemnością. Tam również starałyśmy się o historyczne zamienniki współczesnych pojęć czy wynalazków, których wymyślanie było świetną zabawą. Poezja publikowana w Le Book de Visage, bazar książkowy Monsieur L'Empique czy słynąca z obfitego targowiska wieś Tesco w Yorkshire to tylko niektóre z wyrażeń-zagadek, które pojawiały się w naszych rozmowach.

1. Drawing at the hill.
On the second day (I spent the first one worrying whether anyone would eventually show on the parking place. Seriously though, nobody appeared till late hours and I was so nervous I didn't feel like having fun at all) we went to the hill to draw. The view was gorgeous, we had the whole hill to ourselves and I felt just like Emma must have felt on the Box Hill picnic. Awesome!











2. Potańcówka rodem z Meryton.
Prawdziwe tańce rozpoczęłyśmy dopiero w sobotę wieczorem. Długo pozostanie mi w pamięci euforia, jaka zapanowała na naszej nie takiej znowu dużej sali, gdy wszyscy z setu opanowali figury i można było swobodnie zatańczyć. Uśmiechy na twarzach mijanych tancerzy i skoczna muzyka z oklaskami wprawiły mnie w tak wspaniały nastrój, aż prawie zapomniałam, że wciąż jesteśmy w XXI wieku.

2. The Meryton Assembly
We had some dancing on Saturday night - the first dance was Tythe Pig (I guess), the one danced in 2005 P&P when Darcy&Bingley came in. There was so much joy in it I immediately felt just as I imagined the Meryton dancers felt. It was so easy to forget the century we live in!



3. Posiłki.
Pozostawię to bez komentarza. Trzeba samemu poczuć ten bezcenny smak pieczeni na zimno czy tortu po wyczerpującej grze w krokieta <3 Regencyjny przepych w czystej postaci. Chyba nikt z nas nie ma bardziej trafnego nicka, niż Niegdysiejsza pani domu (chociaż jej fikcyjne nazwisko, Lady Polley, bardziej przypadło nam do gustu).

3. The food.
We had Niegdysiejsza pani domu (aka Lady Polley) cooking for us. OH MY. It was so good I don't even know where to start. Let's just say the dishes were truly Regency-styled.








4. Krokiet na trawniku.
Nie, to nie literówka. Krykiet to sport, którego opanowaniem Jane zaimponowała Lefroyowi w "Becoming Jane". Krokiet to gra, do której Królowa Kier wykorzystywała biedne flamingi. Mi na szczęście używałyśmy drewnianych kijów, ale zabawa była przednia.

4. Croquet.
Remember what the Queen of Hearts used the flamingos for? We used mallets instead, but had incredible fun as well! I really love this game and I could see the others loved it too. 







5. Przechadzka z latarnią.
Ten pozornie nic nie znaczący moment zlotu dla mnie był bardzo ważny, bo dzięki niemu po raz kolejny udało mi się zapomnieć o współczesności. Kiedy po szalonej potańcówce wskutek dziwnych perypetii wracałyśmy do naszego domku,  towarzyszył nam tajemniczy blask latarni. Potem przez chwilę używałam jej jako lampki nocnej. Był to jedyny moment, kiedy korzystałyśmy ze światła świec - większość zabudowy i wnętrz była drewniana - ale wraz ze zdmuchiwaniem jej poczułam, że właśnie tego akcentu mi brakowało.

5. Midnight lantern walk.
When the dancing ended and we walked back to our rooms (wearing nightgowns and papillots, don't ask), I took my candle-lit lantern to show us the way and immediately thought - "This is what I've been missing!". Candles seem just such an integral part of Regency life, that using one let my imagination flow.


6. Sobotnie robótki.
Żeby prawdziwie poznać smak regencyjnego życia, pół dnia powinno spędzić się na "typowo kobiecych czynnościach", jak robótki, pisanie, korespondencja. Sobotnie przed- i popołudnie minęło właśnie na wyszywaniu, dekorowaniu bonnetów, grach pisemnych, rysowaniu. I wiecie co? Nie było wcale nudno, wspaniale się bawiłam, a do tego bardzo zrelaksowałam. Pewnie uważałabym inaczej, gdybym zmuszona była spędzać w ten sposób każdy dzień.

6. Saturday needlework.
To get a glimpse of Regency everyday life, we spent Saturday sewing, decorating our bonnets, drawing and playing funny Regency games, such as bouts-rime or rhyming games. I really enjoyed it, though spending your whole days like this and not in such a great company must have been boring.






7. Brak makijażu.
W czasie wyjazdu używałam tylko kosmetyków wymienionych w poprzednim poście i ten "odwyk" świetnie zadziałał nie tylko na moje samopoczucie, ale i - o dziwo - na cerę. Choć poranki były ciężkie (opuchnięta ze snu twarz błagała o mocniejszy makijaż), puder, róż i trochę pasty z węgla wystarczyło, by nadać mi wygląd zdrowej (pomijając naturalnie brzydką cerę) panny na prowincji. Przez cały wyjazd zresztą towarzyszył mi zapach wody różanej, która była obficie używana przez większość uczestniczek zlotu.

7. No make up.
As I confessed in my previous post, I intended not to use any make up during the event. I mean, the modern make up. I did however use some Regency tricks that turned out surprisingly sufficient. The rice powder and some black cole eyebrow defining proved to be enough!


8. Szalony bieg po wzgórzu.

Jednym ze spontanicznych pomysłów na zdjęcie autorstwa naszego portrecisty był niezbyt dystyngowany bieg przez polanę z pirackim niemal okrzykiem "AARRR". To było tak beztroskie i głupie, że mam już 101 powód, żeby kochać dziewczyny z Krynoliny.

8. Crazy run downhill.
We had some spontaneous moments on Saturday, when our photographer took pictures of basically everything that came to our mind. We re-enacted a Titanic scene, wore each others garments in a not-so-correct way, and did a crazy run pulling our petticoats up.






9. Pieski i maski z żywych obrazów.

Niepozorna, znaleziona przeze mnie naprędce zabawa okazała się hitem wieczoru. Każda z dwóch drużyn dostawała na zmianę obraz do odtworzenia. Ponieważ jednak często brakowało postaci do udawania, dziewczyny brały na siebie role ścian, kół od powozu, zwierząt i pianin. 

9. The "living pictures" game.
I prepared it hastily and with no effort at all, and it turned out to be the funniest game we played during our weekend.






10. Tragedia antyczna i przygotowania do niej.
Zawsze miałam słabość do teatru, a jego regencyjna wersja bardzo mnie rozczulała. Kiedy wyobrażę sobie dziewiętnastowieczne panny, dla których przygotowywanie naprędce sztuki, przebrań i rekwizytów było najbardziej ekscytującym wydarzeniem miesiąca, tym bardziej mam ochotę na coś podobnego. Dlatego teatrzyk i towarzyszące mu zaaferowanie wspominam bardzo miło.

10. The ancient tragedy.
I'm really fond of acting and theathre, so no wonder I got really excited when I read about all these short plays in "Mansfield Park" or saw them in "Austenland". There were no doubts we had to have our theathre as well! The preparations were as fun as the final performance.






11. Amerykańskie akcenciki.
Wszyscy chyba wiedzą, że uwielbiam amerykańskie i zagraniczne kostiumerki i mam obsesję na punkcie Costume College. Dlatego pojawiające się spontanicznie pomysły nawiązujące do środowiska kostiumowego w USA powitalam z wielkim entuzjazmem. Przede wszystkim, w niedzielę odbyło się "Breakfast in undies", czyli śniadanie w pełnej bieliźnie, jak na zeszłorocznym Costume College wlasnie, zaś dzien wcześniej, na balu, zrobiłyśmy sobie słynne "Regency wedgie shot", czyli inspirowane regencyjnymi rycinami zdjęcie w pozie trzymania się za tył spódnicy. Śmiem twierdzić, że to pierwsze tak liczne wedgie shot w Polsce! :)

11. American stuff.
I'm a keen reader of American (and foreign in general) costuming blogs and quite obsessed with Costume College, so no wonder I was ecstatic about having our own "breakfast in undies", like they did last year's CoCo. We also enjoyed doing a famous "Regency wedgie society shot", which I dare say was most probably the first wedgie society shot in Poland! Haha such fame wow!


Polskie wedgie! / The Polish wedgie society! Od lewej/From left: Marylou, me, Fobmroweczka, Daisy, Dorfi, Porcelana, Melancholia, Ada, Kasi3nka, Alicja


Nasze bieliźniane śniadanie :) / Breakfast in undies!



12. Stroje.

Takie zloty to wspaniała okazja do obserwacji. I nie mam na myśli skrytej, zazdrosnej obserwacji, tylko pełne euforii ochy i achy, wynikające z czystej radości, że ktoś inny uszył coś tak wspaniałego. Można również podejrzeć metody zdobień, haftów czy zbadać kroje, które wcześniej były dla nas czarną magią. Ten zlot chyba przebił pod tym względem wszystkie poprzednie - nie tylko jeśli chodzi o przepych dekoracji, ale ilość strojów, które zmieniane były wieczorem czy wraz ze zmianą temperatury. Dziewczyny - jesteście niesamowite! (Dla przypomnienia - oficjalny dresscode obejmował lata 1823-1827, ale część dziewczyn ma wcześniejsze kreacje)

12. The costumes.
Longer costume events like this one are such a perfect opportunity to check out others' costumers' clothes and gowns! And there is no jealousy in it, just pure admiration and curiosity ("How on earth did she do that?"). This time the outfits were truly amazing and I know we still lack experience and skills to make them all perfectly historical, but I believe there's like a Huge Ladder of Costuming, and we just keep climbing one step at a time! (Just to remind you - the official dresscode was 1823-1827, but some of us, as you can notice, wore earlier costumes).




Za zdjęcia dziękuję Daisy, Caeruleus Berolinensis, Alicji, Dorfi i przede wszystkim Szymonowi, który wytrzymał z nami cały sobotni dzień i kawałek nocy!

A już niedługo ukażą się posty o mojej sukni dziennej, sukni wieczorowej, pelisie oraz dodatkach - bonnecie, reticule, butach.

Daisy, Caeruleus Berolinensis, Alicja, Dorfi and Szymon - thanks for the pictures!

Posts about my day dress, evening dress, pelisse and accesories (bonnet, reticule, shoes) are coming soon.

11 komentarzy:

  1. tak okrutnie zazdroszczę, że chyba się postaram o coś podobnego na Pomorzu ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! :D Z chęcią bym do was wpadła na powtórkę z rozrywki ;)

      Usuń
    2. Tak, tak, tak! Magrat, masz mój miecz;)

      Czytam wszystkie relacje zachwycona tym jak wspaniale się bawiłyście:) "Krokiet na trawie" - wyobraziłam sobie dorodnego, złocistego krokieta jak przyozdabia trawnik:3

      Usuń
    3. Mniam :D A zamiast kijów ogromne widelce i kto pierwszy, ten lepszy :3

      Usuń
  2. Podczas czytania tej relacji próbowałam wytypować mój ulubiony moment, ale to chyba niemożliwe, bo wszystkie były tak samo cudowne! To jedna z tych rozrywek, po zakończeniu których krzyczy się z ekscytacją "jeszcze raz! jeszcze raz!" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taak, i odbyła się w tak korzystnych warunkach, że o dziwo nie byłam wyczerpana po powrocie... Inaczej wspominam np. zeszłoroczny krakowski zlot, czy Złote :p

      Usuń
  3. OH...MY...GOSH!!!! What a glorious weekend! I am truly jealous of the fun that you had! Everything looks so fabulous! Especially the FOOD!! WOW! All of you ladies look so beautiful in your outfits and your undies! I love all the pictures that were taken...the croquet (I love croquet!!)...the dance...the living picture game...the theatrical...the running down the hill! Oh what a delightful weekend!! Thank you for sharing your favorite points!
    Blessings!
    Gina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh yes, it was splendid! I really love the way Regency people spent time - everything was elegant, yet simple and fun. And that's exactly how I felt! Hope to see you next time, maybe the fabulous-looking food will tempt you to fly overseas ;)

      Usuń
  4. It might just do that! If only I could get over my fear of flying AND the ocean!!!! ACK! I can tell through the pictures that you had a fun time...and I agree, things then were a lot more simple, and elegant...

    OdpowiedzUsuń
  5. Gah, I have the same problem! I would love to come to CoCo one day but just can't imagine spending 10+ hours on a plane while a 1,5 h flight to London made me feel so uncomfortable! Well I guess one can get used to it...

    OdpowiedzUsuń
  6. chyba zazdroszczę tej fantastycznej zabawy, możliwości swobodnego przechadzania się w strojach, o których marzyło się będąc mała dziewczynką, oglądam tę relację z wypiekami na twarzy... rewelacja

    OdpowiedzUsuń